
Najbardziej groteskowe jest to, że przez dekadę nie udało się rozwiązać stosunkowo prostego problemu, za to sam budynek zdążył w tym czasie stać się – według Zarządu Zieleni – zagrożeniem budowlanym i mikrobiologicznym. Ostatnio w sprawie ponoć wreszcie coś drgnęło i miasto ponownie przygotowuje się do podjęcia działań.
Tyle że historia szaletu w Ogrodzie Saskim prowadzi do znacznie ciekawszego pytania: jak to możliwe, że zapewnienie mieszkańcom dostępu do publicznych toalet w XXI wieku w Warszawie nadal stanowi problem? Kiedyś było oczywiste, że toaleta jest częścią miejskiej infrastruktury. Już pod koniec XIX wieku, w ostatnim roku kadencji Sokratesa Starynkiewicza, Warszawa udzieliła francuskiemu towarzystwu 60-letniej koncesji na budowę i eksploatację publicznych ustępów. Eksperyment nie okazał się sukcesem – w 1916 r., po 36 latach, miasto rozwiązało koncesję. Nie uznano jednak, że wraz z nieudanym projektem należy zaniechać wszelkich działań. Przeciwnie – miasto samo zajęło się organizacją publicznych toalet.
Powstawały nie tylko naziemne szalety. W 1934 r. na Krakowskim Przedmieściu, pod skwerem na osi Bednarskiej, urządzono pierwszy podziemny ustęp publiczny. Co więcej, przed wojną funkcjonowała instytucja określana jako „klucz dozorcy”. Dozorca miał obowiązek bezpłatnie udostępnić przechodniowi skanalizowany ustęp znajdujący się w domu. System ustępów podwórkowych przetrwał aż do 1944 r.
Nie idealizujmy przedwojennej Warszawy – stan sanitarny wielu takich miejsc pozostawiał sporo do życzenia. Znamienne jest jednak samo podejście: miasto dostrzegało, że człowiek korzystający z przestrzeni publicznej ma również podstawowe potrzeby fizjologiczne i trzeba stworzyć system, który pozwoli je zaspokoić.
Jeszcze bardziej wymowne są dane powojenne. W 1945 r., w zrujnowanej Warszawie, pozbawionej ogromnej części zabudowy i infrastruktury, działało zaledwie 10 publicznych ustępów. Dwa lata później było ich już 25, w 1950 r. – 35, w 1960 r. – 65, w 1970 r. – 74, a w 1976 r. – 101.
Oczywiście także ten system daleki był od ideału, zwłaszcza pod względem higieny. Kierunek był jednak oczywisty: wraz z odbudową Warszawy odbudowywano i rozwijano sieć publicznych toalet. W mieście podnoszącym się z ruin uznawano je po prostu za element niezbędny.
Po 1989 r. zaczęła znikać tworzona przez dziesięciolecia sieć klasycznych miejskich szaletów. Jedne likwidowano, kolejne wynajmowano albo przeznaczano na zupełnie inne cele. Dawne toalety stawały się barami, lokalami użytkowymi czy po prostu znikały z przestrzeni miasta. Obiekty, które przez dziesięciolecia traktowano jako część podstawowej infrastruktury komunalnej, nagle zaczęły być postrzegane przede wszystkim jako atrakcyjne nieruchomości. W ten sposób Warszawa pozbywała się systemu budowanego przez kolejne pokolenia – i już samo to zasługuje na pytanie, jak można było dopuścić do likwidacji infrastruktury, której mieszkańcy przecież nie przestali potrzebować. I kto za to odpowiada?
Minęło ponad 30 lat i co? Czy pod względem dostępności rzeczywiście mamy dziś lepiej? Urząd Miasta wskazuje setki miejsc, w których można skorzystać z toalety. Do tej liczby wliczane są bardzo różne obiekty: toalety miejskie i automatyczne, przenośne kabiny, WC w obiektach publicznych, na stacjach metra czy w lokalach gastronomicznych.
Dlatego warto zapytać inaczej: ile takich punktów wskazuje dziś Warszawa i ile spośród nich stanowią rzeczywiste, ogólnodostępne szalety miejskie? Na podstawie dostępnych danych możemy wskazać co najmniej 32 takie obiekty: 26 automatycznych i 2 stacjonarne pozostające pod opieką Zarządu Zieleni oraz 4 automatyczne toalety zarządzane przez Targówek. Do tego dochodzą pojedyncze szalety innych miejskich jednostek.
Cała reszta imponującej liczby „kilkuset toalet” to zbieranina bardzo różnych obiektów. Można powiedzieć, że to współczesna wersja przedwojennego „klucza dozorcy”: zamiast własnej, gęstej sieci miejskich szaletów wskazuje się mieszkańcom miejsca, w których przy okazji mogą skorzystać z cudzej toalety. Tyle że trudno przedstawiać je jako odpowiednik 101 publicznych ustępów, którymi Warszawa dysponowała w 1976 r.
Kto mieszka w Warszawie i regularnie się po niej porusza, ten jednak wie, że znalezienie ogólnodostępnej toalety potrafi być bardzo trudne. Miejska mapa z „kilkuset punktami” niewiele tu zmienia. A jeśli pamiętamy, że mówimy o blisko dwumilionowej metropolii, która każdego dnia przyjmuje dodatkowo tysiące przyjezdnych i turystów, sprawa przestaje być zabawna. Dostęp do toalety nie jest przecież miejskim luksusem, lecz jedną z najbardziej podstawowych funkcji infrastruktury publicznej.
I dlatego Ogród Saski jest tak wymownym przykładem. Nie mówimy przecież o zapomnianym skwerze na peryferiach, lecz o jednym z najważniejszych parków stolicy, odwiedzanym codziennie przez mieszkańców i turystów. A Warszawa przez lata nie potrafiła przywrócić do normalnego użytkowania niewielkiego, istniejącego budynku. To szczególnie absurdalne w mieście, które jednocześnie zachęca do chodzenia pieszo, korzystania z komunikacji publicznej, spędzania czasu w parkach i mówi o „odzyskiwania” przestrzeni dla mieszkańców.
Miasto przyjazne pieszym zaczyna się od czynnej toalety. Rozumiano to już ponad sto lat temu. Rozumiano również po wojnie, kiedy Warszawa leżała w ruinach. Tym bardziej trudno zrozumieć, dlaczego później pozwoliliśmy, tej przez dziesięciolecia budowanej infrastrukturze, po prostu się rozpłynąć. I nie potrafimy jej odtworzyć.
W 2014 r. Warszawa podpisała z MPWiK porozumienie w sprawie budowy automatycznych toalet miejskich, a w 2017 r. przy Myśliwieckiej stanął prototyp nowego warszawskiego ATM. Plany były ambitne i jeszcze w budżecie na 2018 r. miasto zapowiadało budowę 49 automatycznych toalet publicznych. Tymczasem w 2023 r., niemal dekadę od rozpoczęcia programu, Zarząd Zieleni miał pod opieką zaledwie 28 automatów i dwie toalety stacjonarne. Jak na blisko dwumilionową europejską stolicę jest to liczba wręcz śmieszna a czas realizacji żenujący.
Dlatego niszczejący przez lata szalet w Ogrodzie Saskim jest czymś więcej niż zabawnym przykładem urzędniczej niemocy. To mały budynek, który wystawia bardzo dużą ocenę sprawności współczesnego miasta.
Stanisław Skibiński