Uważny obserwator sceny politycznej w Polsce zapewne łatwo zauważy, że ostatnie 2-3 lata to czas systematycznego i bardzo konsekwentnie realizowanego ograniczania uprawnień samorządu terytorialnego w Polsce.
Stosowana metoda jest dosyć prosta – najłatwiej ograniczyć samodzielność zmniejszając możliwości finansowe. Wystarczy wymienić: rosnący rozdźwięk pomiędzy wydatkami oświatowymi a wartością subwencji, „zerowy” PIT dla osób poniżej 26 roku życia, skutki podatkowe tzw. Polskiego Ładu, najnowsze pomysły redukcji PIT do 12% w I progu podatkowym oraz uzależnianie finansowego wsparcia inwestycji ze środków centralnych od kaprysów lokalnych baronów partii rządzącej a także nakładanie kolejnych dodatkowych zadań na samorządy bez zapewniania odpowiedniej rekompensaty ponoszonych kosztów. Postawię tu, być może kontrowersyjną, tezę że nie są to działania planowane przez PiS z dużym wyprzedzeniem – to raczej reaktywna polityka, próba gaszenia innych pożarów. Działania te oparte są jednak na fundamentalnym założeniu – jeśli można ograniczyć (przy okazji) samorząd, to należy to zrobić.
Kiedy 8 marca 1990 r. uchwalona została Ustawa o samorządzie gminnym, w Polsce otworzyła się możliwość budowy podstaw dla rozwoju prawdziwej demokracji – ustroju zbudowanego na obywatelskiej odpowiedzialności za los swoich społeczności, wierze w instytucje przedstawicielskie, na prawie do decydowania o sposobach realizacji lokalnych potrzeb i zapewniania warunków rozwoju. Ustawa ta miała charakter, w gruncie rzeczy, konstytucyjny – tworzyła nowe warunki funkcjonowania państwa, nadawała uprawnienia i wprowadzała obowiązki. Prawo to, uzupełnione kolejnymi ustawami o samorządzie powiatowym i samorządzie wojewódzkim z 2 lipca 1998 r., okazało się wielkim sukcesem – zarówno w wymiarze politycznym, jak i społecznym. Nieprzypadkowo polskie reformy samorządowe stały się wzorcem dla innych krajów bloku postsowieckiego. Wdrażana w ostatnich latach na Ukrainie reforma decentralizacyjna i administracyjna w dużej mierze była wzorowana na polskich dokonaniach. Polacy szybko przekonali się do samorządności – aktywnie uczestniczą w wyborach lokalnych, angażują się w sprawy swoich społeczności, występują z własnymi inicjatywami, protestują lokalnie i lokalnie szukają rozwiązań dla własnych problemów.
Z czego zatem wynika taka niechęć aktualnie rządzących do samorządności? Odpowiedzi szukać należy w podstawach aksjologicznych obecnego modelu rządzenia. Populistyczne modele władzy, a do takich należy zaliczyć dzisiaj rządy PiS, swą siłę opierają na centralizmie i skupianiu maksymalnego zakresu władzy w rękach elit rządzących. W takiej sytuacji każda samodzielność, a przede wszystkim zdolność do niezależnego od intencji liderów centralnych podejmowania decyzji, jest zwyczajnie szkodliwa i sprzeczna z wizją państwa skupionego na jednolitym przekazie. Zatem populizm jest wrogiem samorządności, bo karmi się jedynie słuszną wizją świata. Nieprzypadkowo rządy autorytarne na całym świecie traktowały samorządność jako wielkie zagrożenie dla swego istnienia. A źródłem autorytarnych modeli rządzenia jest populizm…
W jaki sposób zatem chronić samorządność w Polsce? Najprostszym rozwiązaniem jest oczywiście zwycięstwo w wyborach parlamentarnych i zmiana modelu państwa. Do tego niezbędna jest jednak większość uzyskana w demokratycznej rywalizacji. Zanim to jednak nastąpi, należy natychmiast zadbać o wprowadzenie mechanizmów zabezpieczających – zarówno na poziomie sposobów samodzielności finansowej dla jednostek samorządu terytorialnego, jak również w zakresie stanowienia prawa. Jakie to konkretne powinny być rozwiązania?
Dzisiaj decyduje się przyszłość samorządów w Polsce. Jeżeli pozwolimy na ich degradację, ich upadek, oznaczać to będzie koniec demokracji.
Krzysztof Głuc
adiunkt w Katedrze Administracji Publicznej Uniwersytetu Ekonomicznego w Krakowie, dyrektor Małopolskiej Szkoły Administracji Publicznej UEK, wiceprzewodniczący Rady Miasta Nowy Sącz
