Takie pytanie, skądinąd bardzo inteligentnie, zadało mi dziecko gdy na Gwiazdkę podarowałem mu kapciuszki. No właśnie. Dokładnie takie samo pytanie powinni zadać Warszawiacy Prezydentowi, gdy dowiadują się o kolejnych upominkach typu kładka pieszo-rowerowa, czy też Muzeum Sztuki Nowoczesnej.
Wszelkie dyskusje o nowych przedsięwzięciach powinny się zacząć właśnie od pytań. O to po co i dla kogo coś powstaje? W dalszej kolejności należy zadać pytanie o koszt. To czy jest on nadmiernie wysoki, czy zupełnie do zniesienia wynika w prosty sposób z tego jaka jest przydatność inwestycji.
Weźmy na przykład gmach Muzeum Sztuki Nowoczesnej, który kosztował bagatela 640 mln zł. Jeżeli pominiemy wzniosłe opowieści o znaczeniu sztuki, to pozostaje nam oczywiste pytanie o to dla kogo ono zostało zbudowane i komu będzie służyć? Oczywiście natychmiast ktoś mi tu powie, że w weekend otwarcia odwiedziło MSN 50 tys. osób. Super, ja również. Ale po pierwsze wejścia nie były biletowane, po drugie wszystkich pchała ciekawość. Czy zatem ten paskudny kolos (trudno, niech będzie, żem cham i prostak), którego utrzymanie będzie wynosiło 20 milionów rocznie przyciągnie wystarczające rzesze wielbicieli sztuki nowoczesnej, aby uzasadnić tak gigantyczny wydatek? Wątpię. Publiczne pieniądze zostały wydane nie dla wspólnego dobra i wspólnej społecznej użyteczności, tylko dla wąskiej elitarnej grupy.
Nieco mniejszy dylemat budzi kładka pieszo-rowerowa za 154 mln. Znowu musimy sobie zadać pytanie dla kogo ona jest i czemu służy. Już wiemy z praktyki, że ani ona piesza, ani rowerowa. Prowadzi znikąd donikąd, zaś jej przydatność ma charakter wyłącznie rekreacyjny – w ciepłe weekendy walą tam tłumy turystów i warszawiaków. Czy jednak publiczne pieniądze zostały wydane racjonalnie? Nie. Bo choć padały argumenty o niezbędności przeprawy rowerowej dla licznych mieszkańców poruszającej się jednośladami w drodze do pracy, to w praktyce od października pies z kulawą nogą nie korzysta z kładki. Codziennie ok. godz. 7:45 robię zdjęcie i proszę mi wierzyć, tłumów cyklistów pędzących do pracy jakoś nie udało mi się uwiecznić.
No to trzeci przykład – „Nowe Centrum Warszawy”, czyli metamorfoza śródmiejskiego kwartału z ulicami Złota i Zgoda – za skromne (w porównaniu z poprzednimi inwestycjami) 50 mln zł. I tu jeszcze raz pytanie po co i dla kogo? Urzędnicy, rzecz jasna, zakrzykną gromko, że dla mieszkańców. No dobra, ale dla których mieszkańców? Tych, co mieszkają na Białołęce lub w Ursusie i po pracy spędzają godzinę w korku aby wrócić do domu? Czy może dla tych, co pracują w centrum i wyskakują jedynie na szybki lunch a po pracy gnają do domu? A może dla tych, co mają ten wyjątkowy przywilej, że tam mieszkają? Spieszę donieść, że gadanie o tych zachwyconych mieszkańcach to czysta demagogia, bo większość normalnych ludzi nie ma czasu aby tam spacerować i popijać kawę. Większość gna z autobusu do tramwaju, z domu do pracy, ze szkoły do domu, do przychodni czy urzędu. I najbardziej ich interesuje funkcjonalność. Czyli co? Czyli przystanek niedaleko domu, autobus co 5 minut a nie co 20 minut, możliwość podjechania z bagażem pod drzwi własnego domu, a nie kilometr dalej, szybkie załatwienie sprawy.
Tymczasem zachwyceni miejscy aktywiści używają takiego chwytliwego sloganu, że „nareszcie centrum będzie dla ludzi a nie dla samochodów”. Tyle tylko, że jeśli przestrzeń ma być dla ludzi, a samochody też są dla ludzi, to kluczowy wniosek brzmi: to nie samochody są problemem, ale sposób, w jaki organizujemy przestrzeń z ich udziałem. Innymi słowy, nie chodzi o to, żeby całkowicie eliminować samochody, ale o to, żeby priorytet w przestrzeni miejskiej był zawsze po stronie ludzi, ich potrzeb i komfortu – zarówno tych poruszających się pieszo, na rowerach, transportem publicznym, jak i tych korzystających z samochodów.
Przestrzeń powinna być dla ludzi, a samochody mają być jedynie jej uzupełnieniem – wygodnym, ale nie dominującym środkiem transportu. Klucz tkwi w takim projektowaniu miast, które stawia na pierwszym miejscu potrzeby człowieka jako mieszkańca i użytkownika przestrzeni publicznej. A aktywiści, a za ich namową władze miasta, nie kierują się takimi zasadami – nie chodzi im o zaspokojenie potrzeb człowieka, szczególnie jako mieszkańca będącego przecież również użytkownikiem samochodu, a jedynie o realizację jakiegoś chorego pomysłu na miasto.
W tym utopijnym planie duża grupa mieszkańców zostaje wykluczona, bo funduje się jej likwidację miejsc postojowych (proszę mi wierzyć, że jeden podziemny parking nie załatwia sprawy gdy ma się np. małe dzieci czy starszych rodziców), chaos komunikacyjny wynikający z kastracji sieci drogowej i związane z tym wieczne korki na pozostałych ulicach oraz spaliny będące tego oczywistą konsekwencją.
Przykład ul. Świętokrzyskiej dobitnie dowodzi, że zmniejszanie przepustowości, w tak ważnej części miasta, kończy się korkiem od rana do wieczora. Teraz, gdy znikną „bajpasy” mniejszych uliczek, będzie jeszcze gorzej. Gdy po likwidacji tunelu pod Marszałkowską jedyny wyjazd z okolic ul. Złotej na południe, to będzie lewoskręt na skrzyżowaniu Świętokrzyskiej i Marszałkowskiej, to zacznie się koszmar i jest to wniosek na podstawie analizy potrzeb komunikacyjnych w tym rejonie.
Po pierwsze mieszka tam kilka, o ile nie kilkanaście, tysięcy stałych mieszkańców, po drugie usytuowane tam są liczne urzędy i instytucje (np. NBP, Ministerstwo Finansów, Poczta Główna), przychodnie, sklepy, restauracje, hotele, kluby i inne obiekty użyteczności publicznej (np. Filharmonia Narodowa, kino „Atlantic”). Musi funkcjonować komunikacja miejska, należy realizować dostawy do sklepów i istnieje konieczność dostarczania przesyłek, powinna mieć dojazd Straż Pożarna i Pogotowie Ratunkowe, Policja oraz Straż Miejska. Są tam też „Domy Towarowe Centrum” i Telewizja Polska a także wiele małych firm i biurowce dużych korporacji czy stowarzyszeń takich jak NOT. No i są taksówki, które zastępują samochody prywatne a namnażają się w postępie geometrycznym, bo zapotrzebowanie na nie stale rośnie. A po trzecie Świętokrzyska, to nadal ulica tranzytowa – jak by nie czarować rzeczywistości – więc ruch lokalny blokowany już jest – a będzie jeszcze bardziej, właśnie przez korek na Świętokrzyskiej.
Eliminacja ruchu w centralnych rejonach Warszawy, to utopia. Stworzenie pięknej przestrzeni publicznej pełnej ludzi, zieleni i ogródków kawiarnianych to pobożne życzenie, bo ktoś tam jeszcze musi z tego korzystać – polski klimat niezmiennie (i zapewne jeszcze przez kilka lat) nie sprzyja przesiadywaniu z kawą pod chmurką, zaś zwykli śmiertelnicy powinni mieć czas aby tam dotrzeć – zazwyczaj go nie mają. Turystów również jest jak na lekarstwo gdy wiatr hula. Na ławeczkach przesiadują imprezowicze i menele – zresztą te ławeczki zaraz znikną, bo ktoś je oprotestuje właśnie ze względu na tych niechcianych gości.
Pomijając stan obecny, czyli wielką dziurę w ziemi i codzienne zmiany organizacji ruchu w tym rejonie, cała ta przebudowa jest czystą żywą paranoją. Oczywiście będzie ładniej, ale czy nie chodzi przede wszystkim o funkcjonalność i użyteczność oraz wygodę mieszkańców? Powojenni architekci byli wizjonerami i zaprojektowali w tym rejonie przestrzeń publiczną – interesującą i wygodną. Przewidzieli również rozwój motoryzacji. Oczywiście ta przestrzeń uległa z czasem degradacji i wymaga liftingu, ale dlaczego zamiast się rozwijać zaczynamy się cofać i niszczyć?
Dlaczego to rozlane centrum Warszawy chcemy koniecznie uczynić deptakiem? Dlaczego wizjonerskie pomysły zastępujemy urbanistycznym cinkciarstwem? Dlaczego wypełniamy ścisłe centrum tak katastrofalnymi projektami jak Muzeum Sztuki Nowoczesnej, zamiast rozpisać projekt na realizację pięknego, funkcjonalnego miasta? Dlaczego siejemy łąki kwietne i stawiamy ule na PKiN pozwalając jednocześnie na burzenie ostańców jak ostatnio na ul. Łódzkiej?
Brakuje szacunku dla przeszłości i jedocześnie wizji na miarę XXI w. Koncentrujemy się na jakiejś manufakturze zamiast realizować wielkie projekty. Wisłostradę w tunelu i bulwary od Czerniakowa do Żoliborza, gondolę z Pragi na Stare Miasto, schody ruchome na skarpie w rejonie UW, tunel pod Polem Mokotowskim, wielki parking turystyczny pod Placem Piłsudskiego czy też linię średnicową w tunelu od Dworca Centralnego do Ursusa? Że nie wspomnę o miejskim ratuszu z prawdziwego zdarzenia. Tyle jest pomysłów na które brakuje pieniędzy a budujemy muzeum za 640 milionów zł. Szczytem pomysłowości jest hala sportowa projektowana obok Stadionu Narodowego, której nikt nie będzie w stanie ani utrzymać ani wykorzystać – nie kwestionuję konieczności jej powstania, ale kwestionuję miejsce. To powinna być inwestycja np. na Wyczółkach a nie w najdroższej części miasta, szczególnie, że odbywające się tam imprezy paraliżują pół miasta.
Nie da się usprawiedliwiać tych wszystkich absurdów brakiem ciągłości władzy, bo jako żywo od 2006 r. Warszawą rządzi ta sama partia polityczna. Przez te niemal 20 lat można było zrobić naprawdę dużo. A przynajmniej zaprojektować i przygotować miasto na realizację wielkich wizji. Oczywiście sporo zrobiono jak np. metro, ale to nie jest wizja tylko konieczność (spóźniona wobec np. Londynu o skromne 160 lat). Przez 20 lat II Rzeczypospolitej zbudowano w Polsce m.in. COP i Gdynię a w Warszawie wybudowano kilkadziesiąt monumentalnych budynków użyteczności publicznej, lotnisko i kilka dzielnic mieszkaniowych. Tymczasem obecnie stolica Polski nie ma nawet porządnego ratusza i siedzi okrakiem w Urzędzie Wojewódzkim. Co gorsza, niebawem zabraknie miejskich gruntów (tak radośnie wyprzedawanych), aby zlokalizować ratusz. Urzędy są rozsiane po całym mieście bez ładu i składu w dodatku budynki są wynajmowane.
Zatem wracając do początku tego wywodu – „na gwóźdź mi te butki” – te kosztowne przebudowy i kosztowne inwestycje? One nie zaspokajają ważnych potrzeb mieszkańców. Gdyby zamiast konsultacji społecznych, w których bierze udział kilka osób, zadać każdemu pytanie, np. czy zasypać tunel pod Marszałkowską, to założę się, że ¾ osób odpowiedziałoby, że jest to bzdura. Gdyby zapytać, czy zamknięcie Złotej, Brackiej, Zgoda i Szpitalnej dla ruchu jest słuszne – to ¾ odpowiedziałoby, że nie. Gdyby zapytać, czy zwężenie Kruczej to dobry pomysł, to ¾ odpowiadających wyraziłoby sprzeciw. Co więcej, gdyby zapytać, czy mieszkańcy Warszawy chcą zwężenia Alei Jerozolimskich i Mostu Poniatowskiego czy też Marszałkowskiej, to większość odpowiedziałaby, że to absurd. Pewny jestem również, że nigdy nie powstanie mechanizm takiej prawdziwej społecznej partycypacji, dającej szansę na to, że przynajmniej 50% mieszkańców Warszawy wyrazi swoje zdanie na temat zasadności wydania środków publicznych na taką czy inną inwestycję.
Karol Gottlieb


