W dobie zmian klimatycznych i kryzysu mieszkaniowego zrównoważony rozwój miast to nie idea – to konieczność. Powinniśmy budować gęsto, blisko infrastruktury, z troską o przestrzeń i środowisko. W teorii wszyscy się z tym zgadzają. A w praktyce? Wystarczy spojrzeć na inwestycję przy ul. Księcia Janusza” na Woli, by zobaczyć, jak „dogęszczanie” potrafi zderzyć się z rzeczywistością – i mieszkańcami.
Na papierze wszystko wygląda pięknie. Cztery kondygnacje, elegancka forma inspirowana modernizmem, przestronne mieszkania, podziemny parking i relaksacyjna muzyka w lobby. Dookoła: metro, parki, szkoły. Na stronie inwestycji dominują hasła: „prestiż”, „klasa”, „szyk”. I rzeczywiście – z punktu widzenia przeciętnego nabywcy, to inwestycja powyżej standardu. Problem pojawia się gdzie indziej – na granicy parceli.
Nowy budynek powstaje praktycznie pod oknami bloku z wielkiej płyty. Między balkonami a ścianą – kilka metrów. Deweloper zaprojektował, od strony istniejącego już bloku, minimum przeszkleń, ale i tak mieszkańcy starszego budynku stracą widok, światło i poczucie prywatności.
Czy to patodeweloperka? Trudno powiedzieć. Nie ma tu przecież łamania przepisów. Jest za to „maksymalizacja zysku” i działanie kosztem dobrych obyczajów i zdrowego rozsądku.
Ta inwestycja pokazuje problem systemowy. Zrównoważone miasto to nie tylko liczby, gęstość i optymalizacja przestrzeni. To także społeczna wrażliwość, empatia i długofalowe planowanie. To nie wyłącznie pytanie „czy się zmieści?”, ale też „jak będzie się tu żyć?”.
Inwestycja przy Księcia Janusza jest symbolem patologii systemu.
Paulina Poraj
