Z prawdziwą przyjemnością obserwuję jak warszawiacy uaktywnili się sportowo. Może mam lekką sklerozę, ale jednak wydaje mi się, że za czasów mojego dzieciństwa ludziska nie jeździli tak tłumnie na rowerach, nie mówiąc o rolkach (których przecież nie było), hulajnogach czy deskorolkach. To, co widuje się obecnie we wszystkich stołecznych parkach, lasach czy na bulwarach to po prostu sportowe szaleństwo na niespotykaną dotąd skalę. Sam, korzystając ze sprzyjającej aury, przemieszczam się pieszo lub na zwykłej hulajnodze (bynajmniej nie elektrycznej), który to środek transportu nie wzbudza takich emocji jak rower – jest znacznie poręczniejszy.
Jako byt pośredni pomiędzy pieszym a rowerzystą nie uczestniczę zazwyczaj w werbalnych przepychankach. Nie sympatyzuję z żadną stroną konfliktu i chyba, wobec tego, widzę dość wyraźnie kilka problemów. Na pewno należy do nich brak ścieżek rowerowych. Ale to jest zagadnienie o sporej dynamice zmian i nie demonizowałabym go. Będzie coraz lepiej.
Dużo większy kłopot sprawiają jednak sami użytkownicy. Piesi, którzy maszerują po ścieżkach. I rowerzyści, którzy jeżdżą po chodnikach oraz przejściach dla pieszych nie zsiadając z siodełka. O zgrozo zasuwają również po chodnikach w miejscach, gdzie są ścieżki (patrz ul. Marszałkowska czy ul. Topiel). Do szaleństwa doprowadzają mnie rowerzyści, ci którzy lawirują wśród pieszych na 1,5 metrowym chodniku mając po drugiej stronie ulicy wypasioną ścieżkę. To jest powszechne łamanie prawa. Równie źle reaguję na rowery na Krakowskim Przedmieściu – ulicą niemal nic nie jeździ, a cykliści meandrują. wśród japońskich turystów, dzieci na rowerkach, matek z wózkami i tłumu studentów zajętych konwersacją. Rozpędzony rower to jest śmiertelne niebezpieczeństwo. Dziecko w konfrontacji nie ma żadnych szans. I wpada taki jeden z drugim „z górki na pazurki” prosto z Tamki, gdzie rozwinął drugą nadświetlną, prosto w tłum na przystanku autobusowym. Jak torpeda.
Rower na chodniku i na przejściu dla pieszych to bezprawie. Tymczasem wystarczy stanąć na skrzyżowaniu i się rozejrzeć…
Karol Gottlieb


