Życie artystyczne w przedwojennej Warszawie

Podziel się tym wpisem

Początki – Skamandryci i „Pod Pikadorem”

„Nigdy nie było tak pięknej plejady” – pisał Czesław Miłosz o Skamandrytach, grupie poetów, którzy na początku XX w. zdominowali życie literackie Warszawy. Julian Tuwim, Antoni Słonimski, Jan Lechoń, Jarosław Iwaszkiewicz i Kazimierz Wierzyński – to właśnie oni stworzyli legendarny kabaret literacki „Pod Pikadorem”, który z czasem przekształcił się w grupę Skamander

Idea otwarcia kawiarni literackiej, inspirowanej krakowskim Zielonym Balonikiem, narodziła się wśród młodych poetów, a jej realizacji podjęli się Antoni Słonimski i Tadeusz Raabe. Miejsce na ten eksperymentalny salon artystyczny znalazł Jan Lechoń – w pustej mleczarni przy Nowym Świecie 57. Plakaty zapowiadające otwarcie kawiarni głosiły nadejście „dyktatury poetariatu”, a samo wydarzenie, które miało miejsce 29 listopada 1918 r., odbiło się szerokim echem w literackim świecie. Julian Tuwim wspominał je słowami: 

Zerwała się burza oklasków na cześć poezji. Poczuli ludzie, że tu bania poezji się rozbiła i że pójdą z niej dymy po całej literaturze.

Wieczory w „Pikadorze” szybko stały się sensacją. Poeci nie stronili od prowokacji i skandalu, walcząc z literacką tandetą i jednocześnie budując swoją popularność. Jedni przychodzili posłuchać poezji, inni – by na własne oczy zobaczyć tych słynnych profanów. Jak pisał Julian Tuwim, w kawiarni zjawiali się również „zagraniczni durnie”, którzy chcieli poczuć nowoczesną atmosferę artystycznej Warszawy. 

Prawdziwą stolicą cyganerii warszawskiej stała się jednak kawiarnia Ziemiańska, mieszcząca się przy ulicy Mazowieckiej 12. Jej właściciele, Karol Albrech i Jan Skępski, stworzyli przestrzeń, która na lata stała się centrum literackiego życia miasta. Na legendarnym półpiętrze – zwanym „górką” – zbierała się śmietanka artystyczna. To tam Skamandryci formowali opinie, wynosili jednych na piedestał, a innych skazywali na poetycką banicję. 

Stolik w Ziemiańskiej nie był tylko miejscem literackich dyskusji, ale i sceną teatralną, gdzie codziennie odgrywały się spektakle pełne ciętych ripost, błyskotliwego humoru i niezliczonych kawałów. Skamandryci sprawowali „rząd dusz”, kształtując gusty literackie warszawiaków i pokazując, że „poezja może być żywa, dynamiczna i radosna”. 

Sukces Skamandrytów wynikał z umiejętności oddania nastrojów epoki. Ich bohaterami byli zwykli ludzie – mieszkańcy miasta, mówiący potocznym językiem, pełni radości życia i manifestujący swoją młodość. Po latach martyrologicznej poezji, odzyskanie niepodległości w 1918 r., dało artystom wolność wyrażania się bez historycznych obciążeń – symboliczne było zerwanie z „płaszczem Konrada”. 

Upadek „Pikadora” nastąpił, gdy jego scena została przeniesiona do podziemi Hotelu Europejskiego, a drogi poetów zaczęły się rozchodzić. 

Kabaret i polityka – między satyrą a cenzurą 

Antoni Słonimski i Julian Tuwim jako jedyni utrzymywali się wyłącznie z pisania. Tworzyli teksty dla najpopularniejszych kabaretów międzywojennej Warszawy, takich jak Czarny Kot, Stańczyk, Perskie Oko, Ali-Baba, Cyrulik Warszawski, Tip-Top i przede wszystkim Qui Pro Quo

W kabarecie humor mieszał się z polityką. Bolesław Wieniawa-Długoszowski – adiutant Józefa Piłsudskiego, a jednocześnie poeta i bywalec artystycznej Warszawy – wprowadził Skamandrytów w świat polityki. To właśnie on opowiedział Marszałkowi o Szopce politycznej Pikadora – satyrycznej rewii z 1921 r., napisanej przez Hemara, Lechonia, Słonimskiego i Tuwima. Piłsudski postanowił wystawić ją w Belwederze, co dla artystów było nobilitacją. 

Istnieją tylko dwa zawody godne wyzwolonego i niepodległego mężczyzny: zawód poety i kawalerzysty – mawiał Wieniawa, który łączył oba te światy. 

W tamtym okresie kabaret był mocno związany z polityką – śmiano się z rządzących, ale i sami politycy byli stałymi gośćmi rewii. Bywanie w kabarecie stało się modą i obowiązkiem elit, szczególnie że Józef Piłsudski sam interesował się satyrą. 

Warszawska rewia – kradzione pomysły i plagiaty 

Kabaret rewiowy w międzywojennej Warszawie często korzystał z cudzych pomysłów. Andrzej Włast, dyrektor Morskiego Oka, regularnie podróżował do Paryża, gdzie podpatrywał zachodnie music-halle i „pożyczał” ich pomysły. Fryderyk Jarosy wspominał, że reżyserzy kabaretów jeździli za granicę i kopiowali wszystko, czego nie dało się ukraść fizycznie. 

Jednym z największych plagiatorów był Lucjan Królicki, który wydawał nielegalne publikacje tekstów i nut. Czasem przekręcał nawet tytuły – na przykład tango „Tak mi weszłaś w krew” Jerzego Jurandota zamienił na „Tak mi weszłaś w krok”, co stało się przedmiotem procesu sądowego. 

Skamandryci i alkohol – nieodłączny duet 

Warszawska bohema słynęła z zamiłowania do alkoholu. Poeci pili niemal zawodowo – im większy talent, tym większa skłonność do trunków. Jarosław Iwaszkiewicz, najmniej pijący z grupy, uchodził zarazem za najsłabszego humorystę. Julian Tuwim pisał o tym w felietonie „Nalej mi wina”, podkreślając, że już w Biblii Noe upił się na ósmej stronie. 

„Jeden z moich przyjaciół, świetny poeta i niezgorszy pijak, opowiadał mi niedawno, jak leżał i dumał smętnie, dlaczego on właśnie pije. I to, powiada, że się nad tym zastanawia, tak go zasmuciło, że poszedł na wódkę.” 

Przedwojenna Warszawa żyła poezją, kabaretem i skandalem. Skamandryci, łącząc talent, humor i prowokację, stworzyli literacki fenomen, który do dziś inspiruje kolejne pokolenia.  A jak przewidział Tuwim? Warszawski karnawał 1925 r. był tylko przedsmakiem tego, co miało nadejść…

Afisz ze zbiorów Bibloteki Narodowej, domena publiczna
Agencja Interaktywna dogo.pl