
Zacznijmy od rzeczy podstawowej: nikt mieszkańcom centrum niczego nie daje w prezencie. Nie dostają ulic, chodników, zieleni ani usług miejskich z łaski urzędników, aktywistów czy komentatorów z Facebooka. Płacą podatki tak samo jak inni, a przede wszystkim – centrum Warszawy nie jest dla nich przestrzenią do odwiedzenia, tylko jest ich DOMEM.
I może właśnie o tym warto sobie przypomnieć, czytając komentarze pod dyskusjami o kolejnych zmianach w Śródmieściu.
Z dużej części tych komentarzy przebija bowiem protekcjonalność, buta, arogancja i nieznośne poczucie moralnej wyższości wobec mieszkańców centrum Warszawy. Jakim prawem?
Mieszkanie w centrum nie jest przywilejem i samo w sobie oznacza zgodę na mnóstwo kompromisów: hałas, tłok, imprezy, demonstracje, remonty, wydarzenia masowe, turystów, ograniczoną przestrzeń i problemy z parkowaniem. Ludzie, którzy tutaj mieszkają – często od dziesięcioleci – doskonale wiedzą, że nie wybrali domu pod lasem. Nie domagają się ciszy, pustych ulic ani zamknięcia Śródmieścia dla wszystkich poza nimi.
Chcą czegoś znacznie bardziej elementarnego: żeby kolejnych zmian nie projektowano przeciwko ich codziennemu funkcjonowaniu.
Tymczasem w tej dyskusji wyraźnie mylone są dwie zupełnie różne sytuacje: sytuacja człowieka, który w centrum mieszka, i człowieka, który z różnych powodów do centrum przyjeżdża.
Oczywiście centrum jest dla wszystkich. Ludzie przyjeżdżają tutaj do pracy, szkoły, lekarza, urzędu, teatru, restauracji, na zakupy albo po prostu na spacer. I mają pełne prawo z tej części miasta korzystać. Ale dla nich centrum jest miejscem, do którego przyjeżdżają. Dla mieszkańca jest miejscem, z którego nie może „wyjechać do domu”, bo właśnie tutaj ma dom. To naprawdę zasadnicza różnica.
Przyjezdny może zdecydować, jak dotrze do centrum. Może wybrać samochód, metro, tramwaj, autobus, rower czy taksówkę. Może również któregoś dnia w ogóle tutaj nie przyjechać. Mieszkaniec nie podejmuje każdego ranka decyzji, czy będzie dzisiaj mieszkańcem Śródmieścia. Tutaj śpi, robi zakupy, wychowuje dzieci, opiekuje się rodzicami, wraca z pracy i tutaj toczy się jego codzienne życie.
Dlatego hasło „centrum jest dla wszystkich” nie może oznaczać, że człowiek mieszkający tutaj ma dokładnie taki sam związek z tym miejscem i takie same potrzeby jak ktoś, kto przyjechał na kilka godzin. Przestrzeń publiczna jest wspólna, ale dla mieszkańca jest jednocześnie bezpośrednim otoczeniem jego domu. Odpowiedzialna polityka miejska musi tę różnicę dostrzegać.
Najbardziej irytujące jest jednak przekonanie, że ktoś z zewnątrz wie lepiej, jak mieszkańcy Śródmieścia powinni żyć. Gdzie mogą jeździć. Gdzie wolno im parkować. Jak daleko mogą mieć od samochodu do domu. Którędy mają chodzić. Co powinno znaleźć się pod ich oknami i z jakich kolejnych „udogodnień” powinni się obowiązkowo cieszyć.
Ba, internetowi znawcy potrafią pójść jeszcze dalej. Decydują nawet, na co mieszkańcom wolno chorować i jak bardzo wolno im się zestarzeć. Orzekają, czy osoba starsza albo z niepełnosprawnością może przejść kilometr czy dwa, czy rodzic może przewieźć troje dzieci rowerem i czy niesienie zakupów pół kilometra od samochodu do mieszkania jest rzeczywistym problemem, czy tylko przyjemną przebieżką dla zdrowia.
A potem ci sami samozwańczy eksperci zadają z pozycji moralnej wyższości pytanie: „Dlaczego mieszkańcy Śródmieścia chcą, żeby inni oddychali brudnym powietrzem i spalinami?” To pytanie jest nie tylko fałszywie postawione. Ono jest po prostu bezczelne.
Bo kto powiedział, że mieszkańcy Śródmieścia chcą, żeby ktokolwiek oddychał spalinami? Nikt nie chce oddychać spalinami. Ani mieszkaniec centrum, ani Pragi, ani Ursusa, ani człowiek codziennie przyjeżdżający do Warszawy do pracy. Próbuje się tutaj stworzyć fałszywą alternatywę: albo popierasz każde rozwiązanie ograniczające ruch samochodowy, niezależnie od jego rzeczywistych skutków, albo najwyraźniej chcesz zatruwać współobywateli. Nie. Tak poważna rozmowa o mieście wyglądać nie może.
Jeżeli naprawdę troszczymy się o jakość powietrza, pytajmy o rzeczywiste efekty podejmowanych decyzji. Jeżeli konkretne zwężenia ulic czy zmiany organizacji ruchu prowadzą do większych korków, a samochody jadą wolniej, krążą w poszukiwaniu przejazdu albo miejsca do parkowania, to chyba jednak ktoś popełnił błąd. Dlatego skuteczność takich rozwiązań należy mierzyć i analizować, zamiast zakładać, że każde utrudnienie ruchu samochodowego automatycznie oznacza poprawę jakości powietrza.
Jest w tej dyskusji jeszcze jedna rzecz, która przekracza granice zdrowego rozsądku: odmawianie mieszkańcom Śródmieścia prawa do posiadania samochodu tylko dlatego, że mieszkają w centrum.
Nie chodzi o żadne szczególne „konstytucyjne prawo do samochodu”. Chodzi o rzecz bardziej podstawową. W państwie prawa człowiek może posiadać legalnie nabytą rzecz – również samochód – a własność podlega ochronie prawnej. Może uznać, że samochód jest mu niepotrzebny i z niego zrezygnować. Ale to jest jego decyzja. Nie samozwańczego szeryfa z Facebooka.
Mieszkańcy Śródmieścia naprawdę nie wstają rano z myślą: „a może dzisiaj pojeżdżę sobie bez celu, spalę trochę benzyny, postoję w korkach, wydam pieniądze i wyprodukuję trochę spalin”. Samochody ludziom do czegoś służą. Jednemu do pracy. Drugiemu do codziennego przemieszczania się z powodów, o których obcy człowiek nie ma pojęcia (a nawet nie powinno go to obchodzić). Ktoś wozi dzieci. Ktoś opiekuje się rodzicami. Ktoś przewozi rzeczy. Ktoś pracuje w miejscu źle skomunikowanym. A ktoś jest emerytem, który przez pięć dni samochodu nie rusza, ale w sobotę chce pojechać na działkę.
I wiecie co? On nie musi się z tego tłumaczyć.
Nie musi udowadniać internetowej komisji, że jego potrzeba jest wystarczająco ważna, żeby „zasłużył” na samochód. Może go posiadać dlatego, że chce go mieć i legalnie go kupił. I może mieć taki samochód, na jaki go stać, oczywiście pod warunkiem spełniania obowiązujących wymogów prawnych.
Szczytem arogancji są komentarze w rodzaju: „skoro mieszkasz w centrum, kup sobie miejsce w garażu”, „wynajmij miejsce za 800 zł miesięcznie”, a jeżeli cię na to nie stać – „to nie powinieneś mieć samochodu”. Przepraszam bardzo – od kiedy stan portfela upoważnia przypadkowego człowieka do orzekania, jaki majątek wolno posiadać komuś innemu?
A poza tym – gdzie mieszkańcy historycznego Śródmieścia mają sobie te miejsca kupić? Ogromna część jego zabudowy powstała w czasach, kiedy garaży podziemnych w budynkach mieszkalnych po prostu nie budowano.
A my tu słyszymy: skoro cię nie stać, sprzedaj samochód.
To już nie jest merytoryczna rozmowa o transporcie. To jest zwyczajny klasizm ubrany w ekologiczne i wielkomiejskie frazesy. I zwykła małpia złośliwość.
Bo co właściwie oznacza taki argument? Że samochód w centrum może mieć zamożny właściciel apartamentu z garażem podziemnym, ale emeryt mieszkający od czterdziestu lat w starym bloku już nie? Że możliwość posiadania samochodu ma się stać przywilejem ludzi, których stać na dodatkowe kilkaset czy tysiąc złotych miesięcznie?
A może mieszkaniec ma wywieźć samochód na obrzeża Warszawy? Świetnie. Tylko gdzie konkretnie ma go postawić? Problemy z parkowaniem nie kończą się magicznie na granicy Śródmieścia. I jaki właściwie sens ma samochód, do którego właściciel musi najpierw jechać kilkanaście kilometrów komunikacją miejską?
Oczywiście posiadanie samochodu nie oznacza prawa do bezpłatnego miejsca dokładnie pod własnym oknem. Miasto ma prawo organizować ruch, ustalać zasady parkowania i dzielić ograniczoną przestrzeń między różne potrzeby. Możemy dyskutować o liczbie miejsc parkingowych, wysokości opłat, zieleni, chodnikach, komunikacji miejskiej i sposobie zagospodarowania ulic. Ale dokładnie tak samo mieszkanie w Śródmieściu nie odbiera człowiekowi prawa do posiadania samochodu ani nie daje nikomu prawa do pouczania go, że powinien się go pozbyć.
Można przebudowywać centrum. Można sadzić drzewa, poszerzać chodniki, tworzyć skwery i poprawiać przestrzeń publiczną. Nikt rozsądny nie twierdzi, że ma być inaczej. Ale dobra polityka miejska powinna zaczynać się od pytania jak to zrobić z szacunkiem dla mieszkańców?! Ten szacunek nie jest przywilejem, który władza miasta, aktywiści czy samozwańczy eksperci mogą im łaskawie przyznać. To powinien być punkt wyjścia.
I na koniec apel do samozwańczych ekspertów, przemądrzałych szeryfów i wszystkich tych, którzy doskonale wiedzą, jak powinni żyć inni: odczepcie się. Naprawdę. Łatwo urządza się cudze życie, rozdaje cudze pieniądze, rezygnuje z cudzej wygody i decyduje, co komu jest potrzebne, a bez czego „spokojnie może się obejść”. Znacznie trudniej przyjąć do wiadomości, że ludzie mają różne potrzeby, możliwości i sposoby na życie – i nie potrzebują do tego waszego pozwolenia. Zajmijcie się więc własnym życiem, a innym pozwólcie spokojnie żyć po swojemu.
Karol Gottlieb