Sytuacja w Ratuszu już dawno wymknęła się spod kontroli. Nawet ludzie na ulicy twierdzą, że miasto jest źle zarządzane – mówi dr hab. Lech Jaworski, były przewodniczący Rady Warszawy.
W Warszawie jest ponad 400 radnych, ale trudno znaleźć wśród nich wybitne osobowości i ludzi zaangażowanych w sprawy Warszawy. Można odnieść wrażenie, że z kadencji na kadencję z aktywnością naszych rajców jest coraz gorzej?
Warszawscy radni, to przede wszystkim funkcjonariusze dwóch wiodących partii politycznych, którzy w zamian za „prawidłowe” głosowanie – czyli po myśli partii – są zatrudniani przez swoje formacje w kontrolowanych przez nie jednostkach. To nie ma nic wspólnego z ideą samorządności. Na przykład jedna z radnych PiS, przez ostanie 2 lata, była wiceministrem w Ministerstwie Rozwoju i Technologii, a obecnie została również przewodniczącą Rady Polskiej Agencji Kosmicznej. Pytanie, czy pełniąc tak odpowiedzialne funkcje państwowe, jest ona w stanie z pełnym zaangażowaniem i świadomie pełnić obowiązki radnej? A to tylko jeden przykład. Muszę jednak przyznać, że ta sytuacja jest całkiem nieźle wkomponowana w oderwaną od ziemi pomysłowość warszawskiego ratusza. Bo czy nie jest rodem z kosmosu chociażby pomysł zwężania ulic w mieście?
Ale od radnych – szczególnie tych dzielnicowych – niewiele zależy.
Co do radnych dzielnicowych, z całym do nich szacunkiem, trudno się nie zgodzić z tym, są oni właściwie niepotrzebni. Pobierają natomiast diety, które dla niektórych z nich są substytutem wynagrodzenia. Zło pierwotne takiej sytuacji znajduje się w regulacjach ustawowych. Radni dzielnicowi i zarządy dzielnic pełnią jedynie funkcję pomocniczą, a uchwały rad dzielnic mają jedynie opiniujący charakter. Ostateczne decyzje podejmuje Rada Warszawy, ale koszty dzielnicowych opinii ponoszą warszawiacy.
Prezydent Rafał Trzaskowski pozbył się ostatnio swojego zastępcy Roberta Soszyńskiego, teraz dyrektorki–koordynatorki Justyny Glusman…
Od dawna można odnieść wrażenie, że w ratuszu panuje zupełne bezhołowie. Decyzje urzędu miasta są wypadkową interesów różnych grup, które opanowały urząd. Dymisję tych dwóch urzędników odbieram jako wynik walk o władzę poszczególnych frakcji w urzędzie. Ta sytuacja już dawno wymknęła się spod kontroli. Urzędnicy nie boją się niczego, a zwłaszcza mieszkańców. Tak samo jak ignorują media, które ich pytają o powody – często szokujących – decyzji. Tymczasem to przecież my, warszawiacy, płacimy im pensje i powinniśmy wymagać, by poprzez media informowali nas o tym, jak wyglądają prace w ratuszu.
Ludzie mówią, że miasto jest źle zarządzane, a cały czas głosują na tych samych ludzi. Czy to nie sprzeczność?
Mieszkańcy miasta widzą, że wiele samorządowych decyzji podejmowanych jest z powodów politycznych czyli wojny pomiędzy PO a PiS. Jednak tak boją się władzy PiS, że głosują na ich przeciwników, choćby byli niewiele więcej warci. Mamy wobec tego duopol, który jest niebywale szkodliwy. Długotrwała władza niestety deprawuje. Efekt jest taki, że politycy rządzącej od ponad 14 lat Platformy Obywatelskiej, czują się właścicielami Warszawy, zaś głos mieszkańców niewiele dla nich znaczy. Bo czy, na przykład, ktokolwiek przejmował się warszawiakami, gdy toczono wojnę o dekomunizację i co chwila zmieniały się nazwy ulic? Liczył się jedynie spór polityczny i kto go wygra.
Czy jest możliwe, by ta sytuacja się zmieniła?
Zmiana byłaby możliwa, gdyby wyborcy uwierzyli, że jeżeli zagłosują na inną formację, niż PO, to do władzy nie dojdzie PiS. Czyżby nie mieli dość poszerzania strefy płatnego parkowania, podwyżki za nie cen, podwyżki opłat dodatkowych oraz zmniejszania liczby miejsc postojowych, nie mówiąc o zawężania ulic? Czy jest im kompletnie obojętne ile płacą za wywóz śmieci, oraz, że zasady naliczania opłat zmieniają się co pół roku? Czy kilkuletnie oczekiwanie na decyzje o przekształceniu użytkowania wieczystego we własność ich nie irytuje? A tymczasem wciąż, od ponad 14 lat, głosują na formację, która psuje miasto. Platforma Obywatelska niszczy Warszawę, tworząc ją na obraz i podobieństwo szalonych wizji miejskich aktywistów, którzy rządzą miastem z tylnego fotela. Tak dalej być nie może, bo jak tak dalej pójdzie, to mieszkańcy będą tylko niechcianymi gośćmi we własnym domu. Już dzisiaj widać, że trwa proces ich systematycznego wypłaszania ze śródmiejskich rejonów Warszawy.
redakcja