Hasło „miasto jest dla mieszkańców, a nie dla samochodów” brzmi chwytliwie i dobrze wygląda na transparentach czy w mediach społecznościowych. Problem w tym, że jest to uproszczenie, które łatwo zamienia się w propagandowy slogan zamiast w rzetelną rozmowę o tym, jak naprawdę funkcjonuje miasto. W dodatku tworzy fałszywy podział: mieszkańcy kontra samochody – jakby były to dwie odrębne kategorie. Tymczasem samochody nie jeżdżą same. Za kierownicą siedzą właśnie mieszkańcy: pracownicy jadący do pracy, rodzice odwożący dzieci do szkoły, przedsiębiorcy prowadzący firmy, dostawcy zaopatrujący sklepy, osoby starsze czy osoby z niepełnosprawnościami.
Warto jasno powiedzieć: miasto jest dla wszystkich mieszkańców – także dla tych, którzy poruszają się samochodem.
Po pierwsze, transport jest krwiobiegiem miasta. Tak jak organizm nie może funkcjonować bez układu krążenia, tak miasto nie działa bez sprawnej komunikacji. Drogi i ulice obsługują nie tylko prywatne auta, ale także transport publiczny, służby ratunkowe, dostawy do sklepów, logistykę, rzemiosło i usługi. Próba sprowadzenia debaty do prostego hasła „samochód kontra mieszkaniec” pomija fakt, że sprawna infrastruktura drogowa jest elementem codziennego życia mieszkańców.
Po drugie, miasto jest złożonym ekosystemem mobilności. Ludzie przemieszczają się na różne sposoby: pieszo, rowerem, tramwajem, autobusem, koleją czy samochodem. Te formy transportu nie są dla siebie wrogami – uzupełniają się w zależności od odległości, czasu, obowiązków czy sytuacji życiowej. Dla wielu osób samochód pozostaje najbardziej praktycznym narzędziem mobilności: dla rodzin z dziećmi, osób pracujących w kilku miejscach dziennie, mieszkańców peryferyjnych dzielnic czy osób o ograniczonej mobilności. Ignorowanie tej rzeczywistości nie rozwiązuje problemów miasta, ale prowadzi do dyskryminacji.
Po trzecie, samochód jest ważnym narzędziem aktywności społecznej i gospodarczej. Dzięki niemu funkcjonują małe firmy, handel, budownictwo czy usługi. Codziennie po ulicach miasta poruszają się rzemieślnicy, kurierzy, dostawcy, technicy czy przedsiębiorcy. Miasto, które utrudnia dostępność transportową, utrudnia również prowadzenie działalności gospodarczej, a w konsekwencji uderza w mieszkańców – w miejsca pracy, ceny usług i dostępność towarów.
Dlatego zamiast powtarzać slogan upraszczający rzeczywistość, sensowniej jest mówić o równowadze transportowej. Miasto powinno być przyjazne pieszym, dobrze obsługiwane przez transport publiczny i bezpieczne dla rowerzystów – ale jednocześnie nie może ignorować roli samochodu, który pozostaje jednym z podstawowych narzędzi mobilności współczesnych mieszkańców.
W gruncie rzeczy celem nie powinno być „miasto bez samochodów”, lecz miasto dobrze zorganizowane, dostępne i funkcjonalne. Takie, w którym różne formy transportu współistnieją i uzupełniają się, a mieszkańcy – niezależnie od tego, czy idą pieszo, jadą rowerem, tramwajem czy samochodem – mogą po prostu sprawnie żyć, pracować i się przemieszczać.
To hasło nie jest uczciwym opisem problemu, lecz retorycznym chwytem. Upraszcza rzeczywistość, tworzy sztuczny konflikt i pozwala przedstawić jedną wizję miasta jako jedynie słuszną. Stanowi formę wyjątkowo obrzydliwej manipulacji, prowadzącej do dyskryminacji bardzo często najsłabszych, wymagających wsparcia, mieszkańców.
Aleksandra Sheybal
