Skończył się już karnawał, więc nic nie stoi na przeszkodzie aby porozmawiać o sprawach poważnych. Na początek prawa autorskie, które delikatnie mówiąc, nie były za bardzo respektowane.
„Każdy wie, jak powstaje revue. Bardzo zwyczajnie – pisał Fryderyk Jarosy. – Pewnego dnia przychodzi blady i wystraszony dyrektor administracyjny do spoconego i wściekłego dyrektora artystycznego. Kładzie mu na stół drżącymi rękoma dwieście dolarów i szepcze: Au fond perdu. To znaczy w żargonie złodziejskim: Jedź i kradnij, co możesz. Dyrektor artystyczny jedzie wtedy do Paryża, odwiedza z miną bogatego Anglika wszystkie music-halle i bucha wszystko, co tylko nie jest przykute łańcuchami albo wmurowane w ściany. Potem wraca do Warszawy i zmienia obiekty kradzione przy pomocy członków swojej bandy w ten sposób, że trudno je poznać.” Tak między innymi postępował dyrektor teatru rewiowego Morskie Oko Andrzej Włast, który nieustannie kursował między Paryżem a Warszawą, oglądał programy i kradł – kabaret żył z cudzych pomysłów.
O podchodzeniu do praw autorskich mówił F. Jarosy tak: „Przekład jest jak kobieta, jeśli wierny, to brzydki, jeśli ładny, niewierny.” Królem nielegalnych publikacji tekstów i nut był Lucjan Królicki – zdarzało się, że poplątał to i owo i w związku z tym regularnie stawał przed sądem. Jerzy Jurandot wspominał, że gdy uczestniczył w procesie o przekręcenie w wydanej broszurze tytułu swojego tanga, to aplikant sądowy rozpoczął mowę oskarżycielską: „Proszę Wysokiego Sądu, tango świadka Jurandota Tak mi weszłaś w krew oskarżony wydrukował pod tytułem Tak mi weszłaś w krok, co jest przecież bardzo bolesne dla autora.”
Stałymi bywalcami kabaretu – również od kulis – byli Józef Beck i Bolesław Wieniawa-Długoszowski: „Istnieją tylko dwa zawody godne wyzwolonego i niepodległego mężczyzny, a mianowicie: zawód poety i kawalerzysty”- mówił Wieniawa-Długoszowski, który z powodzeniem łączył te dwie profesje. Istniał wówczas swoisty mariaż sztuki popularnej z polityką – kabaret nie mógł żyć bez polityki i polityków. Kiedy w 1921 r. powstała szopka polityczna Pikadora tzw. Pierwsza szopka warszawska napisana wspólnie przez Mariana Hemara, Jana Lechonia, Antoniego Słonimskiego i Juliana Tuwima, to Wieniawa zdał relację z jej przygotowań Józefowi Piłsudskiemu, który postanowił wystawić ją w Belwederze.
W pierwszych latach niepodległości J. Piłsudski, który zawsze doceniał rolę opinii publicznej, szczególną wagę przywiązywał do kontaktów ze światem artystycznym Warszawy. Przydatne okazały się kontakty Wieniawy-Długoszowskiego, który miał znajomości w tym środowisku jeszcze z czasów lwowskich i paryskich, a dzięki Kazimierzowi Wierzyńskiemu trafił „Pod Pikadora”, gdzie poznał Skamandrytów. J. Lechoń i A. Słonimski wydelegowali J. Tuwima na pertraktacje w sprawie wystawienia Pierwszej szopki warszawskiej do Wieniawy-Długoszowskiego z propozycją, aby autoryzował teksty przed premierą. Jednak „piękny Bolek” odmówił , wyjaśniając, że każdy pisze co uważa za stosowne byle tylko z humorem. Kto wie, czy „Szwoleżer na Pegazie” nie stał się inspiracją dla J. Tuwima do napisania piosenki z rewii Myszy bez kota z 1939 r., kabaret Qvi pro Qvo :
Przy winie, czy w polu gdzieś
Czy jutro, czy dziś, kto wie
Czy w śniegu czerwonym od krwi
niech zawsze ta piosenka nam brzmi
Więc pijmy wino szwoleżerowie
Niech troski zginą w rozbitym szkle
Gdy nas nie będzie , niechaj nikt się nie dowie,
Czy dobrze było nam, czy nie.
Panował wówczas niebywały snobizm na J. Piłsudskiego, którego zainteresowanie kabaretem było niezwykłą nobilitacją i ogromną reklamą dla jego twórców. Skoro więc sam Marszałek się tym interesował, zatem należało tam bywać. A w samym kabarecie wielcy ludzie schodzili z cokołów – dziadek Piłsudski stawiał pasjanse zaś jego adiutant, stojąc przed nim na baczność, zdawał rachunek z własnych win, których sporo było po przehulanej nocy w wesołej kampanii.
Poeci spod znaku Skamandra godnie kultywowali tradycje poprzedników i regularnie nadużywali alkoholu. Wyraźnie widać zależność między skalą ich talentu i poczuciem humoru a stosunkiem do napojów alkoholowych. Najmniej pijący Jarosław Iwaszkiewicz był jednocześnie najsłabszym poetą, a jego dowcip pozostawiał wiele do życzenia. Jak pisał J. Tuwim w Nalej mi wina: „Jeśli zauważymy, że na pierwszej stronie Pisma Świętego Pan Bóg tworzy dopiero świat, a już na ósmej Noe leży urżnięty w pień to przekonamy się, że widocznie pilną sprawą było obdarzenie człowieka boskim trunkiem gronowym, winem które od Noego do Poego i od Poego do poetów dzisiejszych trąbią całymi oceanami najlepsi synowie wszystkich narodów i właśnie poeci w pierwszym rzędzie (…). Poeci piją rzeczywiście najczęściej i może najwięcej. Czemu się to dzieje – dociec trudno (…). Jeden z moich przyjaciół, świetny poeta i niezgorszy pijak, opowiadał mi niedawno, jak leżał i dumał smętnie, dlaczego on właśnie pije. I to, powiada, że się nad tym zastanawia, tak go zasmuciło, że poszedł na wódkę (…).”
Piłem, kto mówi, że nie piłem butelkę wytrąbiłem,
A przedtem dwie butelki
Czuję ,kto mówi, że nie czuję
Łeb szumi i paruje, świat toczy się jak bąk. (…)
Whisky, kto mówi, że nie whisky
Znam bestie od kołyski, lecz niezły jest i rum
Rum niech szumi w głowie wielki rum
A potem ostry gin na jeszcze większy szum
Gin, będziemy pili z rumem gin
A potem whisky znów i klinem klin.
(„Esta noche me emborracho” muz. Enriqe Discepolo. Z rewii “Budżet Wiosenny” 1928)
Za pointę niech posłużą prorocze słowa J. Tuwima: „Za 50 lat, kiedy my będziemy stylowi a zmurszale babcie jak mówi poetka, będą grały staroświeckie fokstroty – z czułością zaczną wspominać potomni, jak pięknie i wybornie bawiła się Warszawa w roku 25. Sodomą bowiem i Gomorą będzie karnawał warszawski w roku 75, ale i ta Sodoma wyda się niewinną grą w przepióreczkę wobec szaleństw roku 2025”.
Małgorzata Jaworska Gilde