Plac Trzech Krzyży to temat rzeka – został przeprojektowany, jak należy sądzić po efektach, przez osoby niemające za grosz doświadczenia w takich inwestycjach na terenie miasta. Pomijając fakt, że jezdnia wygląda jak plac manewrowy, a świateł jest więcej niż osób z nich korzystających, to np. skręt z Hożej w Mokotowską to absurd w czystej postaci. Tyle, że nie jest on niebezpieczny. Prawdziwe niebezpieczeństwo wprowadza skręt w prawo, z placu Trzech Krzyży, w Książęcą i kolizja ze ścieżką rowerową oraz przejściem dla pieszych.
Załączone zdjęcie pokazuje jaskrawo absurd tego rozwiązania. Ścieżka rowerowa, która na całej długości placu przebiega w znacznej odległości od jezdni – przed Książęcą przybliża się do ulicy i jest poprowadzona równolegle do jezdni. Sprawia to, że kierowcy skręcający w prawo rowerów nie widzą, zaś mając zielone światło i wykonując prawidłowo manewr oraz mając na uwadze pierwszeństwo przysługujące rowerom – są na ścieżce w zasadzie zanim zaczną manewr. W dodatku jeżeli już na nią wjadą i ustąpią pierwszeństwa pieszym na pasach, to zatrzymują się w poprzek ścieżki. Samochody pokonują ten zakręt bardzo wolno, ale rowerzyści zazwyczaj jadą z pełną prędkością. W ten sposób robi się bardzo niebezpiecznie i wydaje się być kwestią czasu, gdy dojdzie tam do nieszczęścia. I założę się, że „winny” będzie kierowca.
W prosty sposób dałoby się poprawić sytuację, gdyby inaczej została ustawiona sygnalizacja świetlna. Nie ma jednak w mieście stołecznym Warszawa instytucji, do której można się odwołać, gdy widzi się taki absurd. Wszelkie zgłoszenia składane na numer 19 115 kończą się otrzymaniem odpowiedzi wymijającej. W każdym razie interwencje nie prowadzą do czegokolwiek, bo miejscy urzędnicy są przekonani o swojej nieomylności. Czy należy zatem czekać na pierwszy spektakularny wypadek, aby była szansa na jakąkolwiek reakcję?
Lech Jaworski
