Willa Granzowa. I że cię nie opuszczę aż do śmierci

Podziel się tym wpisem

Willa Granzowa przetrwała dwie wojny światowe. Nie przetrwała systemu, który miał ją chronić. I trudno powiedzieć, że państwo ją opuściło. Przeciwnie – było przy niej niemal do samego końca. Był wpis do rejestru zabytków, był konserwator, były pozwolenia, kontrole, decyzje i nakazy. Potem pojawili się Generalny Konserwator Zabytków, prokuratura, a w końcu nawet Sejm.

fot. L. Królikowski

I właśnie dlatego historia Willi Granzowa to jest niemal podręcznikowy przypadek pokazujący różnicę między istnieniem prawnej ochrony a jej rzeczywistą skutecznością. Wpis do rejestru zabytków jest przecież jedną z najmocniejszych przewidzianych przez polskie prawo form ochrony zabytku. Pociąga za sobą obowiązki właściciela, ogranicza możliwość swobodnego dysponowania nieruchomością, a administracji konserwatorskiej daje instrumenty pozwalające kontrolować stan obiektu, ingerować w prowadzone przy nim prace i gdy zachodzi taka potrzeba – nakazywać wykonanie określonych robót. W teorii system wygląda więc całkiem solidnie, ale przypadek willi pokazuje, co może wydarzyć się w praktyce.

Willa Granzowa powstała około 1895 roku na potrzeby administracji cegielni Kazimierza Granzowa. Kawęczyńskie Zakłady Cegielniane, założone w 1866 roku, już w latach 80. XIX wieku należały do czołówki przedsiębiorstw tej branży. Nie była to zresztą wyłącznie lokalna fabryka. Produkty Granzowa zdobywały nagrody na wystawach, a cegła z Kawęczyna trafiała na najważniejsze warszawskie budowy. Wykorzystano ją między innymi przy Teatrze Wielkim, filtrach Lindleya czy Wielkiej Synagodze na Tłomackiem. Zachowane materiały reklamowe przedsiębiorstwa pokazują skalę produkcji: zakłady oferowały nie tylko zwykłą cegłę, ale także cegłę maszynową, modelową, kominową, okładkową, posadzkową, sufitową, klinkierową i ogniotrwałą, kolorową cegłę licową, płyty gzymsowe, dachówki, rury, elementy wentylacyjne czy bruki klinkierowe.

Sama willa była więc czymś w rodzaju firmowego katalogu zbudowanego w skali 1:1. Powstała z produkowanych na miejscu materiałów, a jej elewację pokrywały ceramiczne płytki w różnych kolorach, układające się w geometryczne wzory. Z kawęczyńskiej ceramiki wykonano nawet przewody wentylacyjne i kominowe. Nie był to po prostu stary dom, lecz materialna pozostałość po jednym z ważniejszych warszawskich przedsiębiorstw przemysłowych XIX wieku, a zarazem demonstracja możliwości technologicznych zakładów Granzowa.

I ten właśnie budynek przetrwał wojnę. Zakłady nie miały tyle szczęścia: zabudowania przemysłowe zostały zniszczone, a ich pozostałości likwidowano również po 1945 roku. Willa ocalała, stając się z czasem jednym z ostatnich materialnych świadectw przemysłowej historii tego miejsca. Po wojnie w budynku mieściły się między innymi przedszkole i szkoła. Jeszcze w latach 80. XX wieku willa znajdowała się w stosunkowo dobrym stanie, choć oczywiście wymagała remontu. W 1984 roku Wojewódzki Konserwator Zabytków wpisał ją do rejestru zabytków i teoretycznie od tej chwili jej przyszłość powinna być bezpieczna.

Wpis do rejestru zmieniał bowiem sytuację prawną nieruchomości. Od tego momentu jej ochrona nie zależała wyłącznie od dobrej woli właściciela. Zabytek rejestrowy zostaje objęty szczególnym reżimem administracyjnoprawnym: właściciel ma obowiązek sprawować nad nim opiekę, natomiast administracja publiczna – poprzez właściwe organy ochrony zabytków – ma wykonywać jego ochronę. To rozróżnienie jest istotne. Opieka nad zabytkiem spoczywa przede wszystkim na właścicielu, ale ochrona zabytków jest zadaniem władz publicznych. Dlatego tłumaczenie zagłady zabytku wyłącznie zachowaniem kolejnych właścicieli zawsze będzie niewystarczające. Prawo wyposaża administrację w kompetencje właśnie na sytuację, w której właściciel swoich obowiązków nie wykonuje albo jego działania zaczynają zagrażać chronionej substancji.

Ostatnim użytkownikiem willi był Monar. Zamierzał urządzić tam dom dla swoich podopiecznych, między innymi osób chorych na AIDS, ale plany te spotkały się z oporem części okolicznych mieszkańców i nie zostały zrealizowane. Rozważano również inne funkcje publiczne, w tym umieszczenie tam placówki administracyjnej obsługującej mieszkańców Kawęczyna i Wygody, lecz także z tych zamierzeń nic nie wyszło. Opustoszały budynek wrócił w 1991 roku do Zakładów Cegielnianych Kazimierza Granzowa SA. Kilka lat później przedsiębiorstwo zostało zlikwidowane, a willę nabyły osoby prywatne. Wtedy rozpoczął się, trwający ponad 20 lat, proces niszczenia. Wpływała na to również pobliska linia kolejowa, której drgania szkodziły konstrukcji budynku, ale zasadniczy problem był inny: przez kolejne lata nie udało się doprowadzić ani do rzeczywistego zabezpieczenia zabytku, ani do jego remontu.

I tutaj pojawia się pierwsze zasadnicze pytanie prawne, które będzie wracało przez całą tę historię: co właściwie oznacza ochrona zabytku, jeśli administracja przez kilkanaście czy kilkadziesiąt lat obserwuje jego stopniową degradację? Stan techniczny obiektu nie pogarsza się przecież nagle w dniu katastrofy budowlanej. Zwykle jest wynikiem wieloletniego procesu, podczas którego coraz bardziej zniszczony zabytek staje się coraz trudniejszy i droższy do uratowania. W pewnym momencie jego fatalny stan, będący skutkiem wcześniejszych zaniedbań, zaczyna zaś służyć jako argument uzasadniający coraz dalej idącą ingerencję w jego historyczną substancję.

Sytuacja pozornie zmieniła się, kiedy nieruchomość kupiła firma Millbery. Nowy właściciel przedstawił ambitną wizję przywrócenia rezydencji dawnej świetności i po latach bezczynności pojawiła się wreszcie nadzieja, że Willa Granzowa zostanie uratowana. W styczniu 2014 roku stołeczny konserwator zabytków zezwolił na odgruzowanie budynku, wzmocnienie istniejących i odtworzenie brakujących murów, podbicie fundamentów oraz przykrycie willi dachem. Z punktu widzenia prawa to ważny moment. W przypadku zabytku wpisanego do rejestru nie można bowiem prowadzić robót według prostej zasady: moja nieruchomość, moja decyzja. Zakres prac jest przedmiotem postępowania konserwatorskiego, a pozwolenie określa, co i w jaki sposób wolno zrobić.

Roboty rozpoczęły się w kwietniu 2014 roku i już po dwóch dniach stanęły, ponieważ zawalił się fragment ściany. Wezwany rzeczoznawca stwierdził, że gliniana zaprawa nie wiąże już cegieł i ściany kwalifikują się do rozbiórki. Powstał więc nowy projekt. W lipcu 2014 roku zaakceptował go stołeczny konserwator zabytków, miesiąc później zgodę wydały władze dzielnicy. I właśnie w tym momencie rozpoczyna się najbardziej niezwykła część tej historii.

Rozebrać, żeby uratować

Koncepcja była na pozór logiczna. Skoro ściany nie mogą bezpiecznie stać, willa zostanie rozebrana ręcznie, cegła po cegle. Oryginalne elementy zostaną zabezpieczone, oczyszczone, zinwentaryzowane, a następnie wykorzystane przy odbudowie budynku. Z konserwatorskiego punktu widzenia kluczowe znaczenie miało zachowanie autentycznej substancji, bo właśnie ona – nie sam kształt budynku możliwy do odtworzenia ze współczesnych materiałów – stanowiła o jego zabytkowej wartości.

31 lipca 2014 roku Stołeczny Konserwator Zabytków wydał decyzję nr 1565 N/14 dotyczącą robót przy wpisanej do rejestru willi. To właśnie ta decyzja stanie się później jednym z najważniejszych dokumentów całej sprawy. Operacja miała służyć uratowaniu historycznych elementów, ich konserwacji i ponownemu wykorzystaniu. Problem polegał na tym, że pomiędzy założeniami administracyjnego pozwolenia a tym, co wydarzyło się na działce, zaczęła powstawać coraz większa przepaść.

We wrześniu 2014 roku mieszkańcy zaczęli alarmować, że prowadzony „remont” coraz bardziej przypomina zwyczajną rozbiórkę. Fotografie wykonane w trakcie prac pokazywały ciężki sprzęt pracujący przy zabytkowych murach. Przedstawiciel właściciela przekonywał, że to, co wygląda jak burzenie, jest w istocie konserwatorskim zabezpieczaniem konstrukcji. Zapowiadano przy tym odzyskanie dziesiątek tysięcy historycznych cegieł. Koparka nie rozróżnia jednak XIX-wiecznej kształtki ceramicznej od gruzu. Oryginalne cegły, płytki, kafle i inne elementy, które miały zostać odzyskane i wykorzystane przy odbudowie, zaczęły znikać wraz z budynkiem.

Po sygnałach mieszkańców zwróciłam się jako radna Warszawy do Stołecznego Konserwatora Zabytków Piotra Brabandera z pytaniem, co właściwie dzieje się przy Chełmżyńskiej. Odpowiedź z 23 września 2014 roku jest dzisiaj jednym z najbardziej wymownych dokumentów całej historii. Konserwator zapewniał, że „Willa Granzowa jest aktualnie poddawana pracom konserwatorskim i budowlanym zgodnie z pozwoleniem konserwatorskim”. Wyjaśniał, że po rozpoczęciu robót ujawnił się katastrofalny stan murów, przeprowadzono wizję lokalną i uzyskano opinię rzeczoznawcy Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego. Ekspert miał zalecić demontaż ceramicznej licówki podczas sukcesywnego rozbierania murów, a w sytuacji, gdyby inna metoda nie była możliwa, dopuszczano nawet ich kontrolowane zawalanie do wnętrza. Sens całej operacji pozostawał jednak jednoznaczny: szkliwione elementy ceramiczne miały zostać odzyskane, poddane konserwacji i ponownie ułożone na odtworzonych murach.

Konserwator informował również, że wobec docierających sygnałów o możliwych nieprawidłowościach podjął działania interwencyjne w celu sprawdzenia sposobu prowadzenia robót. To szczególnie ważne, ponieważ oznacza, że ostrzeżenia pojawiały się w czasie prowadzenia prac, kiedy przynajmniej część zabytkowej substancji jeszcze istniała. Nie była to wiedza zdobyta dopiero po latach podczas analizowania archiwalnych dokumentów. Problem został dostrzeżony wtedy, gdy teoretycznie można było jeszcze reagować.

I właśnie tutaj pojawia się kolejne zasadnicze pytanie administracyjnoprawne: jaki sens ma szczegółowa decyzja konserwatorska, jeżeli organ nie jest w stanie skutecznie dopilnować jej wykonania? Prawo administracyjne nie kończy się przecież w chwili podpisania decyzji. W ochronie zabytków jest wręcz odwrotnie – dopiero wtedy zaczyna się etap, podczas którego trzeba sprawdzić, czy określony w pozwoleniu sposób postępowania z chronioną substancją jest rzeczywiście przestrzegany.

Finał operacji okazał się dramatyczny. Z około 47,5 tysiąca historycznych elementów ceramicznych udało się odzyskać zaledwie 532. Ta jedna liczba właściwie wystarczyłaby za komentarz do skuteczności całej operacji. Zabytkowa substancja, której zachowanie uzasadniało rozbieranie murów, w ogromnej większości przepadła. Badania części odzyskanych cegieł miały ponadto wskazywać, że nie nadają się one do ponownego wykorzystania jako materiał konstrukcyjny.

Powstał administracyjny paradoks. Zezwolono na ingerencję w zabytek po to, aby umożliwić jego uratowanie i zachować oryginalny materiał. W wyniku przeprowadzonych robót historyczna substancja została niemal całkowicie utracona. A jej utrata stała się następnie argumentem przemawiającym za tym, że odbudowany obiekt nie będzie już autentycznym zabytkiem. W lutym 2015 roku właściciel wystąpił do Ministerstwa Kultury o wykreślenie willi i ogrodu z rejestru zabytków. Ministerstwo początkowo odmówiło, wychodząc z założenia, że budynek powinien zostać odtworzony z wykorzystaniem zachowanego oryginalnego materiału. W październiku właściciel złożył jednak kolejny wniosek. Tym razem sytuacja była już inna, ponieważ autentycznej substancji praktycznie nie było.

W maju 2016 roku zapadła decyzja o wykreśleniu Granzówki z rejestru. Rozumowanie stojące za takim rozstrzygnięciem można, z punktu widzenia teorii konserwatorskiej, zrozumieć: jeżeli niemal cała autentyczna substancja zniknęła, współczesna rekonstrukcja historycznej bryły byłaby już nowym budynkiem naśladującym dawną willę, a nie tym samym zabytkiem, który wpisano do rejestru w 1984 roku. Z punktu widzenia skuteczności systemu ochrony rezultat jest jednak porażający. Najpierw chronimy autentyczną substancję, następnie pozwalamy na operację, która ma umożliwić jej zachowanie, potem substancja ginie, a na końcu jej brak staje się argumentem za zakończeniem ochrony.

To jeden z najważniejszych prawnych paradoksów całej sprawy. Porażka systemu ochrony może sama wytworzyć stan faktyczny, który później uzasadnia zakończenie tej ochrony. Z punktu widzenia administracyjnoprawnego klęska nie następuje więc dopiero w chwili wykreślenia obiektu z rejestru. Następuje znacznie wcześniej – w momencie nieodwracalnej utraty wartości, które wpis miał chronić.

Kiedy było już jasne, że zabytek w praktyce przestał istnieć, 6 czerwca 2016 roku złożyłam zawiadomienie do prokuratury o podejrzeniu popełnienia przestępstwa. Wydawało mi się wówczas oczywiste, że jeżeli obiekt wpisany do rejestru właśnie po to, aby go chronić, znika z powierzchni ziemi, państwo powinno przynajmniej dokładnie zbadać, jak do tego doszło, czy prowadzone prace odpowiadały wydanym pozwoleniom i czy ktoś ponosi za ten stan odpowiedzialność.

Pierwsze otrzeźwienie przyszło podczas przesłuchania na komisariacie w Rembertowie. Prowadząca sprawę policjantka oczekiwała ode mnie przekazania dowodów oraz danych i kontaktów osób mogących mieć związek ze sprawą. Tymczasem zawiadomienie o podejrzeniu popełnienia przestępstwa jest właśnie informacją przekazaną organom ścigania po to, aby to one, dysponując odpowiednimi uprawnieniami, ustaliły fakty, zgromadziły materiał i określiły odpowiedzialność poszczególnych osób. Musiałam tłumaczyć historię budynku, znaczenie wartości zabytkowych, a nawet to, dlaczego zniszczenie „jakiejś ruiny” może w ogóle stanowić istotny problem.

Wtedy zaczęłam podejrzewać, jak ta historia się skończy. Nikt przecież nikogo nie zamordował, nikt nikomu nie dał w mordę, nie ukradziono mienia znacznej wartości. Zniknął tylko zabytek. I chociaż ustawa o ochronie zabytków przewiduje odpowiedzialność karną za ich niszczenie lub uszkadzanie, praktyczne przełożenie tej odpowiedzialności na skomplikowaną historię decyzji administracyjnych, ekspertyz, pozwoleń, działań inwestora i nadzoru konserwatorskiego okazało się znacznie trudniejsze.

26 lipca 2016 roku otrzymałam pismo informujące o postanowieniu Prokuratora Prokuratury Rejonowej Warszawa-Praga Południe o odmowie wszczęcia śledztwa. Ponieważ nie byłam stroną postępowania, nie otrzymałam uzasadnienia. Wydawało się więc, że historia odpowiedzialności karnej za zniszczenie Granzówki skończyła się właściwie, zanim się zaczęła. Potem zaczęło być jeszcze ciekawiej. Pismem z 16 stycznia 2017 roku zawiadomiono mnie, że „zawieszone” śledztwo zostało podjęte, choć wcześniej poinformowano mnie przecież o odmowie jego wszczęcia. Siedem dni później, 23 stycznia, dowiedziałam się, że zostało umorzone. 12 lipca 2017 roku przyszła kolejna informacja: umorzone dochodzenie częściowo podjęto na nowo z powodu konieczności uzupełnienia postępowania i wykonania czynności procesowych z udziałem szeregu świadków. Na chwilę pojawiła się więc nadzieja, że ktoś rzeczywiście spróbuje odtworzyć cały łańcuch wydarzeń i odpowiedzieć na pytanie, w którym momencie ochrona Granzówki przestała działać.

Ostatni akord przyszedł 12 października 2017 roku. Komendant Komisariatu Policji Warszawa Rembertów zawiadomił mnie o zakończeniu czynności wyjaśniających dotyczących zniszczenia zabytku, czyli Willi Granzowa przy ul. Chełmżyńskiej 165. Powodem było przedawnienie orzekania. Tak zakończył się kolejny etap historii, w której czas konsekwentnie działał na korzyść faktów dokonanych: najpierw przez lata pogarszał się stan zabytku, potem nie udało się w porę powstrzymać utraty jego substancji, a kiedy przyszła pora na poszukiwanie odpowiedzialności, również postępowanie karne rozbiło się o upływ czasu.

„Rażące naruszenie prawa”

Najbardziej niezwykły rozdział tej historii rozgrywał się jednak równolegle. W sprawę zaangażowała się Magdalena Gawin, wiceminister kultury i Generalny Konserwator Zabytków. W moim tekście z 2018 roku znalazła się informacja, że pod koniec lipca 2016 roku, na podstawie wyników kontroli, Gawin stwierdziła, iż stołeczny konserwator zabytków w sprawie Granzówki dopuścił się „rażącego naruszenia prawa ustawy o ochronie zabytków i opiece nad zabytkami”.

To sformułowanie ma znaczenie znacznie większe niż publicystyczna ocena szczególnie złego działania urzędu. „Rażące naruszenie prawa” jest pojęciem występującym w Kodeksie postępowania administracyjnego. Art. 156 § 1 pkt 2 k.p.a. przewiduje stwierdzenie nieważności decyzji, która została wydana bez podstawy prawnej lub z rażącym naruszeniem prawa. Jest to jeden z nadzwyczajnych sposobów eliminowania z obrotu decyzji ostatecznych, a więc ingerencja zarezerwowana dla kwalifikowanych wad aktu administracyjnego.

W sierpniu 2016 roku Generalny Konserwator Zabytków stwierdził nieważność decyzji nr 1565 N/14 Stołecznego Konserwatora Zabytków z 31 lipca 2014 roku. To właśnie zestawienie obu decyzji – pierwotnego pozwolenia oraz późniejszej decyzji nieważnościowej – będzie miało zasadnicze znaczenie dla pełnej prawnej rekonstrukcji sprawy. Pozwoli bowiem odpowiedzieć nie tylko na pytanie, że doszło do rażącego naruszenia prawa, ale przede wszystkim na czym dokładnie ono polegało, które normy zostały naruszone i jaki błąd popełnił organ wydający decyzję.

Tu ujawnia się jednak kolejny paradoks Willi Granzowa. Prawo administracyjne dysponuje mechanizmem pozwalającym nawet po czasie usunąć z obrotu decyzję dotkniętą najpoważniejszą wadą. Stwierdzenie nieważności działa co do zasady tak, jakby wadliwa decyzja nie powinna była od początku funkcjonować w obrocie prawnym. Tyle że skutek prawny i skutek materialny są dwiema różnymi rzeczami. Można usunąć decyzję z porządku prawnego, ale nie można w ten sam sposób usunąć skutków pracy koparki. XIX-wieczne cegły, płytki i kształtki nie pojawią się ponownie dlatego, że dwa lata później administracja prawidłowo oceniła wadliwość wcześniejszego aktu.

I właśnie w tym miejscu ta historia staje się niemal modelowym studium problemu trwałości decyzji administracyjnych z jednej strony oraz konieczności szybkiej i skutecznej ochrony dobra nieodnawialnego z drugiej. W zwykłej sprawie administracyjnej wadliwą decyzję można wyeliminować, przeprowadzić postępowanie ponownie i wydać nowe rozstrzygnięcie. W przypadku zabytku czasem nie ma już przedmiotu, którego nowe rozstrzygnięcie mogłoby dotyczyć.

Granzówka trafia do Sejmu

Ta historia miała jeszcze jeden niezwykły epilog. 8 czerwca 2017 roku podczas posiedzenia sejmowej Komisji Kultury i Środków Przekazu trwały prace nad zmianami ustawy o ochronie zabytków i opiece nad zabytkami. Magdalena Gawin występowała jako podsekretarz stanu w Ministerstwie Kultury i Dziedzictwa Narodowego i Generalny Konserwator Zabytków. W dyskusji pojawił się problem stworzenia nadzwyczajnego instrumentu pozwalającego organowi nadrzędnemu ingerować w szczególnie wadliwe rozstrzygnięcia organów pierwszej instancji.

I wtedy Gawin sięgnęła właśnie po willę. „Specjalnie dla państwa przyniosłam – to jest bardzo znany przypadek willi Granzowa” – powiedziała członkom komisji. Opisywała sytuację, w której wydano kontrowersyjną decyzję dotyczącą rozbiórki, a w praktyce na teren wjechał ciężki sprzęt i zabytek został zburzony. Wskazała przy tym na problem decyzji, która zdąży stać się ostateczna, zanim organ nadrzędny w ogóle uzyska wiedzę, że doszło do „zupełnie skandalicznego aktu”.

To moment niezwykle ważny, bo Willa Granzowa przestaje być w nim tylko przedmiotem sporu pomiędzy właścicielem, konserwatorem, mieszkańcami i warszawskimi radnymi. Staje się argumentem ustawodawczym. Przedstawiciel rządu przywołuje historię jej zniszczenia przed komisją sejmową jako przykład pokazujący wadę istniejącego systemu administracyjnoprawnej ochrony zabytków i uzasadniający potrzebę wyposażenia organów nadzoru w skuteczniejsze instrumenty.

W tym jednym przypadku skupia się właściwie cały problem: z jednej strony prawo administracyjne musi chronić stabilność decyzji ostatecznych, ponieważ obywatel powinien móc ufać rozstrzygnięciom państwa, z drugiej zaś w ochronie zabytków czas działa inaczej niż w urzędowym postępowaniu. Organ nadrzędny może dowiedzieć się o wadliwej decyzji po miesiącach. Akta można wtedy przeanalizować, decyzję zbadać, a nawet wyeliminować ją z obrotu. Tymczasem zabytek może zostać zniszczony w ciągu kilku dni. Czas prawny i czas zabytku nie biegną z jednakową prędkością.

Najbardziej osobliwe jest jednak to, że nawet tak jednoznaczna ocena sprawy nie zmieniła niczego w kwestii odpowiedzialności. Willa została przywołana przez Generalnego Konserwatora Zabytków przed komisją sejmową jako przykład „zupełnie skandalicznego aktu”. W rezultacie można odnieść wrażenie, że coś się zupełnie samo zrobiło. Decyzje jednak ktoś wydawał, roboty ktoś prowadził, ciężki sprzęt ktoś sprowadził, a nad całością ktoś miał sprawować konserwatorski nadzór. Kiedy przyszło do odpowiedzialności, cały ten łańcuch działań i zaniechań rozpłynął się równie skutecznie jak sam zabytek.

Co nam pozostało?

W czerwcu 2016 roku, kiedy los willi był już właściwie przesądzony, grupa warszawskich radnych wystąpiła o nadanie nowemu rondu u zbiegu ulic Strażackiej i Chełmżyńskiej imienia Kazimierza Granzowa. Byłam jedną z osób podpisanych pod tym wnioskiem. W jego uzasadnieniu przypomnieliśmy nie tylko historię przedsiębiorcy i Kawęczyńskich Zakładów Ceramicznych, lecz również „bezprecedensowe zniszczenie zabytkowej Willi Granzowa”. Rada m.st. Warszawy nadała rondu imię Kazimierza Granzowa 16 marca 2017 roku.

Z pełną złośliwości premedytacją pomagałam doprowadzić do tego, żeby właśnie to nazwisko pozostało w tym miejscu. Chodziło oczywiście o przypomnienie człowieka, którego zakłady współtworzyły materialną historię Warszawy, oraz przemysłowej historii Kawęczyna, a po której pozostało tak niewiele. Ale było w tym również coś więcej. Skoro nie udało się zachować jednego z najważniejszych materialnych świadectw działalności Granzowa, niech przynajmniej jego nazwisko na tablicy przypomina, co stało kilkadziesiąt metrów dalej.

I chyba właśnie to jest najbardziej gorzką puentą całej historii.

Aleksandra Sheybal

Agencja Interaktywna dogo.pl