W dyskusjach o Warszawie coraz częściej ginie rzecz najbardziej podstawowa: czym właściwie jest samorząd i do kogo należy miasto? Odpowiedź nie jest kwestią poglądów politycznych. Znajduje się już w pierwszym artykule ustawy o samorządzie gminnym: „Mieszkańcy gminy tworzą z mocy prawa wspólnotę samorządową.”

Samorządem nie jest prezydent miasta. Nie jest nim urząd, dyrektor biura, Zarząd Dróg Miejskich ani partia posiadająca większość w Radzie Warszawy. Samorządem są mieszkańcy tworzący wspólnotę. Prezydent, radni i urzędnicy otrzymują jedynie mandat do zarządzania jej sprawami. Ta różnica wydaje się oczywista. A jednak odnoszę wrażenie, że właśnie o niej w Warszawie coraz częściej się zapomina.
Samorząd powstał po to, aby decyzje dotyczące lokalnej wspólnoty nie zapadały ponad głowami mieszkańców. Zasada decentralizacji oznacza przekazanie znacznej części spraw publicznych wspólnotom lokalnym właśnie dlatego, że to one najlepiej znają swoje potrzeby. Oczywiście nie oznacza to, że każda grupa mieszkańców może zawetować każdą inwestycję. Samorząd nie jest demokracją bezpośrednią. Władze miasta muszą godzić sprzeczne interesy, korzystać z wiedzy ekspertów, przestrzegać prawa i myśleć również o skutkach swoich decyzji za dwadzieścia czy trzydzieści lat.
Ale istnieje zasadnicza różnica między podejmowaniem trudnych decyzji po rzetelnym wysłuchaniu mieszkańców a traktowaniem konsultacji społecznych jako obowiązkowego rytuału poprzedzającego realizację projektu przygotowanego już wcześniej. To właśnie tutaj zaczyna się prawdziwy problem.
Już Alexis de Tocqueville zauważył, że demokracja wymaga przekazania części decyzji instytucjom publicznym. Wybieramy przedstawicieli, tworzymy administrację i powierzamy jej określone kompetencje. Nie oznacza to jednak rezygnacji z własnej podmiotowości. W „O demokracji w Ameryce” ostrzegał przed szczególnym rodzajem władzy, który nazwał później „łagodnym despotyzmem”. Nie chodziło o brutalną tyranię, lecz o rozrastającą się administrację przekonaną, że najlepiej wie, czego obywatele potrzebują. Nie odbiera ona wolności gwałtownie. Stopniowo ogranicza przestrzeń, w której obywatele mogą samodzielnie decydować o własnym życiu.
Dlatego Alexis de Tocqueville tak wielkie znaczenie przypisywał samorządności lokalnej. Widział w niej najlepsze zabezpieczenie przed sytuacją, w której administracja zaczyna traktować obywateli jak przedmiot zarządzania zamiast podmiot życia publicznego. I właśnie to rozróżnienie wydaje się dzisiaj niezwykle aktualne. Samorząd nie powinien być małym państwem zarządzającym mieszkańcami. Powinien być instytucjonalną formą zarządzania się mieszkańców.
Różnica jest pozornie niewielka, ale fundamentalna.
Mandat wyborczy nie oznacza przecież umowy o treści: „przez następne pięć lat róbcie z naszym miastem, co uznacie za stosowne”. Daje prawo do podejmowania decyzji. Nie daje monopolu na rację ani prawa do zastępowania mieszkańców w definiowaniu ich własnych potrzeb.
Najlepiej widać to na przykładzie konsultacji społecznych. Konsultacje nie są referendum i ich wynik nie wiąże władz miasta. Jeżeli jednak urząd pyta mieszkańców o zdanie, powinien później uczciwie odpowiedzieć: czego się od nich dowiedział, które argumenty uwzględnił, których nie uwzględnił i dlaczego.
Problem pojawia się wtedy, gdy konsultacje stają się wyłącznie narzędziem legitymizowania decyzji podjętych wcześniej. Dobrym przykładem jest warszawskie Zacisze. W sprawie strefy Tempo 30 odbyły się spotkania, mieszkańcy zgłaszali liczne uwagi, sprawa trafiła na forum dzielnicy i stała się przedmiotem interwencji poselskiej. Część postulatów została uwzględniona, ale zasadniczy spór pozostał.
I właśnie o ten spór warto pytać. W którym momencie konsultowanie mieszkańców zamienia się jedynie w informowanie ich o decyzji, która i tak została już podjęta? Hasło „my wiemy lepiej” jest zaprzeczeniem idei samorządności.
Ekspert ma dostarczać wiedzy. Urbanista projektować rozwiązania. Inżynier ruchu oceniać ich skutki. Urzędnik przygotowywać decyzje, a prezydent ponosić za nie polityczną odpowiedzialność. Żaden z nich nie staje się jednak właścicielem miasta. Wiedza ekspercka nie zastępuje demokracji, podobnie jak demokracja nie zastępuje wiedzy eksperckiej. Dobry samorząd potrzebuje jednego i drugiego.
Paradoks polega na tym, że administracja nie zarządza przecież własnymi pieniędzmi. Budżet Warszawy na 2026 rok zakłada około 28,5 mld zł dochodów i 32,2 mld zł wydatków. Największym źródłem dochodów jest udział w podatku PIT płaconym przez mieszkańców – ponad 15 mld zł, czyli ponad połowa wszystkich wpływów miasta. Kolejne miliardy pochodzą z CIT, podatku od nieruchomości, opłat lokalnych czy Strefy Płatnego Parkowania.
To oczywiście nie oznacza, że ktoś płacący wyższe podatki ma większe prawa niż inni mieszkańcy. Pokazuje jednak coś znacznie ważniejszego. To mieszkańcy utrzymują administrację, a nie administracja mieszkańców. Dlatego tak dziwnie brzmią powtarzane przy kolejnych inwestycjach hasła o „oddawaniu miasta mieszkańcom”. Miasta nie można oddać jego właścicielom. Ono od początku do nich należy.
Być może właśnie dlatego spory o kolejne ulice, place czy strefy „Tempo 30″ budzą dziś tak duże emocje. W rzeczywistości nie dotyczą one wyłącznie transportu ani urbanistyki. Dotyczą odpowiedzi na proste pytanie: kto jest gospodarzem miasta? Ustawa odpowiada jednoznacznie. Wspólnotę samorządową tworzą mieszkańcy. Nie prezydent. Nie urząd. Nie administracja.
Władza samorządowa nie jest właścicielem miasta. Jest jego zarządcą. A każdy zarządca powinien pamiętać, kto jest jego pracodawcą.
Karol Gottlieb