Od gospodarki wodnej do ekologicznych sloganów. Co stało się z Wisłą?

Podziel się tym wpisem

Gdy poziom Wisły w Warszawie spada do kolejnych rekordowo niskich wartości, media pokazują odsłonięte łachy piasku i alarmują, że „Wisła wysycha”. Zaraz potem pojawia się dobrze znana dyskusja. Jedni twierdzą, że należało dawno rzekę uregulować. Drudzy odpowiadają, że rzekę należy pozostawić całkowicie naturze i nie ingerować w jej bieg. Obie strony upraszczają problem.

fot. A. Sheybal, bulwary na lewym brzegu Wisły,

Susza hydrologiczna jest faktem. IMGW od miesięcy klasyfikuje znaczną część dorzecza Wisły jako strefę wody niskiej. Coraz dłuższe okresy bez opadów, wysokie temperatury i rosnące parowanie powodują spadek przepływów. Nie oznacza to jednak, że problem pojawił się dopiero w ostatnich latach. Już od lat 70. i 80. XX w. hydrolodzy alarmowali o pogarszającym się bilansie wodnym Polski. Wskazywano wówczas przede wszystkim na skutki intensywnego uprzemysłowienia, odwadniania kopalń odkrywkowych, osuszania mokradeł, rozbudowy systemów melioracyjnych nastawionych na szybkie odprowadzanie wody oraz rosnącego poboru wód przez przemysł. Dzisiejszy kryzys ma dodatkowy wymiar klimatyczny, ale sam problem gospodarowania zasobami wody towarzyszy Polsce od kilku dekad i nigdy nie doczekał się kompleksowego rozwiązania.

Najpierw rozprawmy się jednak z największym mitem. Kiedy warszawski wodowskaz pokazuje 5 czy 10 centymetrów, wiele osób wyobraża sobie rzekę głęboką właśnie na tyle. To nieprawda. Stan wody nie oznacza głębokości rzeki. Jest to wysokość lustra wody względem umownie przyjętego zera wodowskazu. Samo dno Wisły nieustannie się zmienia, bo rzeka transportuje piasek i rumowisko, pogłębia jedne miejsca, wypłyca inne. Dlatego IMGW co pewien czas zmienia rzędną zera wodowskazu. Do oceny rzeczywistej sytuacji hydrologicznej znacznie ważniejszy jest przepływ, czyli ilość wody przepływającej przez przekrój rzeki w ciągu sekundy.

Odrobina historii

Największym paradoksem współczesnej dyskusji o Wiśle jest to, że przez większą część swojej historii Warszawa zmagała się nie z niedoborem, lecz z nadmiarem wody. Wisła była rzeką niezwykle dynamiczną i nieprzewidywalną. Wielokrotnie zmieniała swoje koryto, podmywała brzegi, tworzyła nowe łachy i starorzecza, a podczas powodzi potrafiła w ciągu zaledwie kilku dni całkowicie zmienić przebieg głównego nurtu. Nawet dziś, w czasie wezbrań, przemieszcza ogromne ilości rumowiska, zmieniając ukształtowanie dna na głębokość kilku metrów. Dobrze pokazuje to historia warszawskich wodociągów Lindleya. Jeszcze przed uruchomieniem ujęcia na Czerniakowie, podczas jednej z powodzi, główny nurt Wisły odsunął się od urządzeń ssących. Inżynierowie zostali zmuszeni do przeprowadzenia kosztownych prac regulacyjnych, aby przywrócić właściwe warunki poboru wody.

Skala tych zmian była tak duża, że wpływała nawet na granice własności. Dobrym przykładem jest Saska Kępa. Choć dziś stanowi część prawobrzeżnej Warszawy, przez stulecia należała do dóbr wilanowskich. Zmieniające się koryto Wisły stopniowo oddzieliło ją od pozostałej części majątku, przenosząc główny nurt rzeki pomiędzy Wilanów a Saską Kępę. Własność pozostała jednak ta sama. To pokazuje, jak dynamiczną i nieprzewidywalną rzeką była Wisła – potrafiła zmieniać nie tylko krajobraz, lecz także przebieg granic, relacje przestrzenne i sposób funkcjonowania miasta.

Nieprzewidywalność Wisły przez dziesięciolecia była jednym z głównych argumentów za prowadzeniem prac hydrotechnicznych. Ich celem było przede wszystkim ograniczenie skutków powodzi i ochrona miasta. Wynikało to ze szczególnego położenia Warszawy. Wisła ukształtowała jej dolinę, tarasy zalewowe i Skarpę Warszawską, a poziom rzeki wpływa na wody gruntowe, źródła, osuwiska oraz stabilność skarpy. Autorzy historycznych projektów hydrotechnicznych doskonale rozumieli, że każda ingerencja w rzekę oddziałuje na funkcjonowanie całego miasta. Dlatego wszystkie większe inwestycje poprzedzały rozległe badania geologiczne i hydrogeologiczne.

Historia warszawskiej Wisły pokazuje, że była ona najważniejszym czynnikiem lokacyjnym miasta. To właśnie dogodna przeprawa przez rzekę, położona na przecięciu ważnych szlaków handlowych biegnących wzdłuż Wisły oraz ze wschodu na zachód, stworzyła warunki do powstania osady, a później rozwoju Warszawy. Od najdawniejszych czasów Wisła była najważniejszą arterią komunikacyjną. To nią spławiano zboże, drewno, sól i kamień, a później także surowce oraz wyroby przemysłowe. Nad jej brzegami powstawały porty, magazyny, młyny, wodociągi, elektrownie i zakłady przemysłowe. Wisła nie była więc jedynie elementem krajobrazu – była osią rozwoju miasta i jednym z filarów gospodarki.

Jeszcze przed opracowaniem kompleksowych koncepcji warszawskiego węzła wodnego Warszawa przeprowadziła jedną z największych inwestycji hydrotechnicznych w swojej historii. Pod koniec XIX w., jeszcze w czasach zaboru rosyjskiego, zdecydowano o trwałym uregulowaniu lewego brzegu Wisły. Celem inwestycji była przede wszystkim ochrona miasta przed powodziami, ale także uporządkowanie nabrzeża, poprawa warunków sanitarnych, rozwój portu i komunikacji oraz przygotowanie nowych terenów pod rozbudowę miasta. W latach 1899-1910 powstały kamienne nabrzeża, mury oporowe i rozległe nasypy ziemne, które ukształtowały współczesną linię lewego brzegu Wisły. Efektem ubocznym – choć nie bez znaczenia – było również stworzenie reprezentacyjnego nabrzeża, które z czasem stało się jedną z wizytówek Warszawy. To właśnie na tych sztucznie usypanych terenach znajdują się dziś m.in. Wybrzeże Kościuszkowskie, Centrum Nauki Kopernik, stacja metra oraz współczesne bulwary wiślane. Dzięki tej inwestycji Powiśle zostało poszerzone, a Warszawa zyskała szeroki pas terenu, który z czasem przekształcił się w jeden z najważniejszych obszarów rekreacyjnych miasta. Paradoks polega na tym, że dzisiejsze bulwary wiślane, uważane za symbol otwarcia miasta na rzekę, zawdzięczają swoje istnienie właśnie tej odważnej ingerencji sprzed ponad stu lat.

W czasach zaborów administracja rosyjska dostrzegała znaczenie rzeki jako elementu systemu transportowego i prowadziła zarówno prace regulacyjne, jak i studia nad rozwojem dróg wodnych łączących Warszawę z Polesiem i Dnieprem. Regulacja nie polegała wyłącznie na budowie kamiennych nabrzeży. Inżynierowie umacniali brzegi za pomocą faszyny wiklinowej, budowali ostrogi, tamy podłużne i poprzeczne, zabezpieczali brzegi przed rozmywaniem oraz stopniowo kształtowali przebieg koryta, aby poprawić warunki żeglugowe i ograniczyć niszczycielskie skutki powodzi. Charakterystycznym elementem tych prac były faszynowe umocnienia wykonywane z wiązek wikliny, które z czasem ukorzeniały się i porastały brzegi rzeki, tworząc naturalne zabezpieczenie przed erozją.

Po zajęciu Warszawy przez Niemców w 1915 r. spojrzano na problem z perspektywy rozwijającej się metropolii. Choć okupacja trwała zaledwie trzy lata, pozostawiła po sobie decyzje o ogromnym znaczeniu dla przyszłości miasta. W 1916 r. generał-gubernator Hans von Beseler ponad trzykrotnie powiększył granice Warszawy, tworząc podstawy jej dalszego rozwoju przestrzennego. W tym samym czasie pojawiła się koncepcja Kanału Obwodowego biegnącego wokół prawobrzeżnej Warszawy. Miał on stworzyć drogę wodną o stałym poziomie wody, połączyć planowane porty z systemem dróg wodnych oraz zapewnić dogodne warunki dla rozwoju przemysłu i żeglugi niezależnie od zmiennych stanów Wisły. Stanowił element znacznie szerszej koncepcji warszawskiego węzła wodnego, obejmującej również Port Praski, Port Żerański oraz połączenie z Bugiem i Zegrzem.

Historia warszawskiej Wisły pokazuje również, że rozwój gospodarki wodnej był procesem ciągłym. Kolejne pokolenia inżynierów nie zaczynały pracy od zera, lecz korzystały z dorobku swoich poprzedników, rozwijając go i dostosowując do nowych potrzeb. Prace regulacyjne prowadzone na Wiśle już w XIX w. opierały się na wiedzy specjalistów wykształconych m.in. w Instytucie Inżynierów Komunikacji w Petersburgu – jednej z najnowocześniejszych uczelni technicznych ówczesnej Europy, wzorowanej na francuskiej École des Ponts et Chaussées. Z tego dorobku czerpali później inżynierowie II Rzeczypospolitej, a w wielu aspektach również projektanci okresu powojennego. Zmieniały się państwa, granice i ustroje, ale dobra inżynieria pozostawała dorobkiem, z którego warto było korzystać. Właśnie dlatego również dziś rozsądna polityka wodna powinna opierać się nie na modach czy ideologii, lecz na doświadczeniu i wiedzy budowanej przez pokolenia.

Warto pamiętać, że XIX- i XX-wieczne inwestycje hydrotechniczne miały znacznie szersze znaczenie niż tylko gospodarcze. W epoce twierdz Warszawa-Modlin-Zegrze sprawny system dróg wodnych, mostów i przepraw był elementem infrastruktury o znaczeniu strategicznym, umożliwiającym transport wojsk, zaopatrzenia i sprzętu oraz zwiększającym mobilność armii. Wisła nie była wówczas wyłącznie rzeką handlową – stanowiła także ważny element systemu obronnego Imperium Rosyjskiego. Z biegiem czasu, wraz ze zmianą sytuacji geopolitycznej i rozwojem miasta, funkcje militarne zaczęły stopniowo ustępować miejsca celom gospodarczym, przeciwpowodziowym i komunalnym.

Po odzyskaniu niepodległości polskie Ministerstwo Robót Publicznych przejęło wcześniejsze koncepcje, powierzając ich rozwinięcie Tadeuszowi Tillingerowi – jednemu z najwybitniejszych polskich hydrotechników. Chodziło o stworzenie nowoczesnego warszawskiego węzła wodnego, który miał wspierać rozwój gospodarczy odradzającego się państwa i szybko rosnącej stolicy. Jednym z jego najważniejszych elementów był projekt Kanału Obwodowego o długości około 20 km, który miał połączyć Gocław z planowanym Portem Żerańskim. Kanał miał zapewnić tani transport wodny dla rozwijającego się przemysłu, odciążyć główny nurt Wisły oraz stanowić element systemu ochrony przeciwpowodziowej. Był częścią znacznie szerszego programu obejmującego również Port Praski, Port Żerański, połączenie z Bugiem oraz system śluz utrzymujących stały poziom wody. Była to już koncepcja kompleksowej gospodarki wodnej, łączącej transport, ochronę przeciwpowodziową, rozwój przemysłu i planowanie przestrzenne miasta. Ostatecznie projekt Kanału Obwodowego nie został zrealizowany, jednak część jego założeń znalazła odzwierciedlenie w powojennych inwestycjach. Do dziś funkcjonują Kanał Żerański oraz nosząca imię Tadeusza Tillingera śluza na tym kanale, będące materialnym śladem tej ambitnej wizji rozwoju warszawskiego węzła wodnego.

Powojenna odbudowa Warszawy w dużej mierze wykorzystała tę szkołę myślenia o gospodarce wodnej. Choć zrezygnowano z budowy Kanału Obwodowego w jego pierwotnym przebiegu, zrealizowano znaczną część szerszego programu warszawskiego węzła wodnego. Do dziś w krajobrazie prawobrzeżnej Warszawy można odnaleźć ślady części przedwojennych robót ziemnych i rezerw terenowych związanych z planowaną trasą kanału, zwłaszcza w rejonie Żerania i Białołęki. W latach 50. i 60. XX w. powstały Kanał Żerański łączący Wisłę z Narwią, stopień wodny Dębe, Jezioro Zegrzyńskie, śluza Żerań oraz Port Żerański. Utworzyły one funkcjonujący do dziś system hydrotechniczny pełniący jednocześnie funkcje przeciwpowodziowe, retencyjne, żeglugowe i rekreacyjne. Co równie istotne, Jezioro Zegrzyńskie i system Narwi pozostają ważnym elementem zaopatrzenia aglomeracji warszawskiej w wodę, stanowiąc jeden z filarów bezpieczeństwa wodnego stolicy. Warszawska gospodarka wodna nie zakończyła się więc na archiwalnych projektach – znaczna część tej infrastruktury działa do dziś, choć wraz ze zmianą charakteru miasta zmieniły się również jej funkcje.

Po II wojnie światowej koncepcja zagospodarowania Wisły była rozwijana na niespotykaną wcześniej skalę. Równolegle z realizacją Kanału Żerańskiego i stopnia Dębe prowadzono szczegółowe prace studialne nad kolejnymi stopniami wodnymi w rejonie Warszawy. Początkowo analizowano budowę dwóch dużych obiektów – Warszawa-Północ (Nowy Dwór) i Warszawa-Południe (Siekierki). Ich zadaniem miało być utrzymanie stabilnego poziomu wody, poprawa warunków żeglugowych, zwiększenie retencji, ograniczenie skutków powodzi oraz zapewnienie odpowiedniego zaopatrzenia rozwijającej się aglomeracji w wodę. Rozważano również wykorzystanie ich do produkcji energii elektrycznej. Z czasem uznano jednak, że tak duże piętrzenia byłyby zbyt silną ingerencją w dolinę Wisły. Dlatego w 1975 r. koncepcję zmodyfikowano, zastępując dwa wysokie stopnie systemem kilku obiektów o mniejszym piętrzeniu. Miały one tworzyć kaskadę stabilizującą poziom wody na warszawskim odcinku rzeki, przy mniejszym oddziaływaniu na otoczenie i większej elastyczności projektowej. W praktyce oznaczałoby to przekształcenie warszawskiego odcinka Wisły w system kilku spokojniejszych zbiorników przepływowych rozdzielonych stopniami wodnymi, podobnie jak funkcjonuje to na wielu dużych rzekach Europy Zachodniej.

Ostatecznie większości tych planów nie zrealizowano – nie dlatego, że uznano je za błędne, lecz przede wszystkim z powodu ograniczeń finansowych, kryzysu gospodarczego końca PRL, a po 1989 r. także całkowitej zmiany priorytetów państwa. Zniknęła większość przemysłu, któremu miała służyć infrastruktura wodna, a w debacie publicznej coraz większe znaczenie zaczęły odgrywać kwestie ochrony środowiska i rekreacyjnego wykorzystania rzek. Warto dodać, że projekty przygotowywane w PRL były efektem wieloletnich analiz hydrologicznych, geologicznych i urbanistycznych. Można dziś dyskutować, czy wszystkie proponowane rozwiązania były trafne, ale trudno odmówić im jednego: wynikały z przekonania, że rzeką należy świadomie gospodarować, a nie pozostawiać ją wyłącznie własnym procesom.

I co dalej?

Dobrze zaprojektowana infrastruktura hydrotechniczna potrafi zmieniać swoje funkcje wraz z rozwojem miasta. Kanał Żerański budowano przede wszystkim z myślą o transporcie wodnym i obsłudze rozwijającego się przemysłu północno-wschodniej Warszawy. Dziś żegluga towarowa ma mniejsze znaczenie, natomiast Jezioro Zegrzyńskie stało się jednym z najważniejszych terenów rekreacyjnych aglomeracji warszawskiej, a sam kanał nadal pozostaje ważnym elementem systemu gospodarowania wodą.

Podobnie mogłoby być z kolejnymi inwestycjami. Współczesne stopnie wodne pełniłyby zupełnie inne funkcje niż sto lat temu. Stabilizacja poziomu wody mogłaby zwiększyć możliwości uprawiania sportów wodnych, rozwoju terenów rekreacyjnych i lepszego wykorzystania nadrzecznych przestrzeni, ale również poprawić bezpieczeństwo użytkowników rzeki. Dobrym przykładem jest Berlin, gdzie śródmiejski odcinek Szprewy przypomina spokojne jezioro, po którym pływają żaglówki, kajaki i rowery wodne, a zabudowa może być lokalizowana tuż przy wodzie dzięki stabilnemu poziomowi lustra wody. Tymczasem Wisła pozostaje jedną z najbardziej wymagających rzek nizinnych w Europie. Silny nurt, wiry, cofki, uskoki dna i stale zmieniające się łachy sprawiają, że nawet przy dobrej jakości wody kąpiel w wielu miejscach pozostaje skrajnie ryzykowna. Uruchomienie oczyszczalni „Czajka” rozwiązało przede wszystkim problem zanieczyszczeń, ale nie zmieniło charakteru rzeki. Dziś największym zagrożeniem dla osób korzystających z Wisły jest jej hydrodynamika, a nie jakość wody.

Dawniej prostowano zakola i umacniano brzegi przede wszystkim po to, by szybciej odprowadzić wodę powodziową, ograniczyć erozję i chronić miasta. Dziś wiemy, że nadmierna regulacja może pogłębiać skutki suszy, dlatego coraz częściej odtwarza się meandry i tereny zalewowe. Nie jest to jednak odrzucenie hydrotechniki, lecz jej ewolucja.

Warszawa pozostaje jednak przypadkiem szczególnym. Powodzie nie zniknęły, a prawy brzeg Wisły – choć bezcenny przyrodniczo – nie może być jedynym wzorcem gospodarowania rzeką w mieście liczącym niemal dwa miliony mieszkańców. Polityka wodna musi godzić ochronę przyrody z bezpieczeństwem ludzi. Dobrym symbolem tego dylematu jest Poniatówka. Dziś zachwyca jako jedna z najpopularniejszych warszawskich plaż i wielu uważa ją za wzorcowy przykład „naturalnej” Wisły. W rzeczywistości nie jest efektem przemyślanego projektu rekreacyjnego ani dowodem geniuszu współczesnych władz miasta. To raczej produkt uboczny wieloletnich zmian koryta rzeki, częściowo uregulowanej, częściowo pozostawionej samej sobie. Można cieszyć się jej walorami rekreacyjnymi, ale nie należy wyciągać z tego wniosku, że taki stan rzeki jest optymalny z punktu widzenia bezpieczeństwa przeciwpowodziowego, gospodarki wodnej czy funkcjonowania metropolii. Estetyka i dobra gospodarka wodna nie zawsze oznaczają to samo.

Na stan rzeki wpływa również działalność prowadzona setki kilometrów wyżej. Eksploatacja piasku i żwiru z dna Wisły, m.in. w rejonie Góry Kalwarii, zaburza transport rumowiska i może przyczyniać się do pogłębiania koryta także na warszawskim odcinku. To kolejny dowód, że Wisły nie da się oceniać wyłącznie przez pryzmat jednego wodowskazu.

Przez lata wmówiono nam, że istnieją tylko dwie możliwości: albo całkowicie betonujemy rzekę, albo pozostawiamy ją całkowicie naturze. Tymczasem pomiędzy tymi skrajnościami istnieje ogromna przestrzeń. Nazywa się gospodarką wodną. To ona łączy retencję, ochronę mokradeł, racjonalne korzystanie z wód podziemnych, ochronę przyrody i nowoczesną hydrotechnikę. Historia warszawskiej Wisły pokazuje, że kolejne pokolenia inżynierów próbowały znaleźć właśnie taką równowagę. Nie wszystkie ich pomysły były trafne, nie wszystkie należałoby dziś realizować. Łączyło je jednak jedno – traktowały wodę jako strategiczny zasób, którym trzeba mądrze gospodarować.

W ostatnich latach zachwycamy się „dziką” Wisłą, traktując jej naturalność niemal jak dobro narodowe. Rzeczywiście jest ona ogromnym walorem przyrodniczym i krajobrazowym. Nie powinniśmy jednak zapominać, że ta naturalność ma również swoją cenę. Oznacza bowiem rezygnację z wielu narzędzi świadomej gospodarki wodnej, które przez dziesięciolecia pozwalały ograniczać skutki zarówno powodzi, jak i okresów suszy. Dzisiejsze problemy Wisły nie są wyłącznie dziełem natury. W dużej mierze wynikają również z wieloletniego braku spójnej polityki wodnej i odkładania trudnych decyzji. I niestety można odnieść wrażenie, że sama ingerencja człowieka w rzekę bywa traktowana jako coś z definicji niewłaściwego. Tymczasem takie podejście nie odpowiada współczesnym wyzwaniom.

Dobrym przykładem pozostaje Wrocław i odrzański system wodny. Przez ponad sto lat tworzono tam jeden z najbardziej rozbudowanych w Europie układów kanałów, śluz, jazów, polderów i kanałów ulgi. Wiele z tych rozwiązań, zaprojektowanych jeszcze na przełomie XIX i XX w., do dziś stanowi podstawę ochrony przeciwpowodziowej miasta. Powodzie z 1997 r. i kolejnych lat nie dowiodły, że sama idea regulacji była błędna. Pokazały raczej, jak kosztowne bywają wieloletnie zaniedbania w utrzymaniu infrastruktury oraz zabudowywanie terenów zalewowych. To właśnie Wrocław pozostaje jednym z najlepszych przykładów, że nowoczesna gospodarka wodna nie polega na wyborze między naturą a hydrotechniką, lecz na umiejętnym łączeniu obu tych elementów.


Warszawa również potrzebuje podobnego, długofalowego myślenia. Tymczasem od lat trudno wskazać spójną politykę gospodarowania Wisłą. Problemem nie jest brak pomysłów, lecz brak zdolności państwa do podejmowania decyzji. Prace nad miejscowym planem zagospodarowania Powiśla są jedynie najbardziej widocznym przykładem tej niemocy. Jak wielokrotnie wyjaśniał dyrektor BAiPP Piotr Mikos, plan nie mógł zostać uchwalony z powodu braku wymaganych uzgodnień z Wodami Polskimi. W praktyce oznaczało to, że samorząd nie był w stanie zakończyć procedury planistycznej, ponieważ państwowa instytucja przez lata nie zajmowała stanowiska. Trudno o lepszą ilustrację kryzysu współczesnej gospodarki wodnej – nie braku wiedzy, lecz braku sprawnego systemu podejmowania decyzji.

Niestety równie dużym problemem staje się jakość publicznej debaty. Wystarczy przeczytać komentarze pod niemal każdym artykułem o Wiśle. Zamiast rozmowy o hydrologii, retencji, ochronie przeciwpowodziowej czy rozwiązaniach inżynierskich pojawiają się emocje, mity i wzajemne oskarżenia. Część organizacji ekologicznych przedstawia niemal każdą ingerencję hydrotechniczną jako zamach na przyrodę, a wielu ludzi – kierując się autentyczną troską o środowisko – bezrefleksyjnie powiela te przekazy. W efekcie zamiast rzeczowej dyskusji otrzymujemy spór ideologiczny, w którym wiedza przegrywa z emocjami.

Tymczasem zamiast prowadzić konsekwentną politykę wodną, od lat tkwimy w stanie bezruchu. Wielkie projekty pozostają na papierze, plany grzęzną w sporach kompetencyjnych, a debata coraz częściej sprowadza się do absurdalnych gestów. Dobrym przykładem są pojawiające się postulaty nadania rzekom osobowości prawnej. Niezależnie od intencji ich autorów oznaczałoby to powstanie nowego podmiotu prawa, którego interes należałoby uwzględniać przy każdej większej decyzji dotyczącej rzeki. W praktyce pojawiliby się przedstawiciele działający w imieniu np. Wisły, mogący uczestniczyć w postępowaniach administracyjnych, składać odwołania, wnosić skargi do sądów i kwestionować inwestycje uznane za sprzeczne z „interesem rzeki”. Każdy stopień wodny, wał przeciwpowodziowy, pogłębianie koryta, pobór wody czy budowa infrastruktury wymagałyby nie tylko oceny oddziaływania na środowisko, ale również rozstrzygania, czy nie naruszają praw samej rzeki. Trudno nie postawić pytania, czy stworzenie kolejnego podmiotu wyposażonego w prawa procesowe nie doprowadziłoby do jeszcze większego wydłużenia procedur i paraliżu decyzji. Tym bardziej że najtrudniejsze pytanie pozostałoby bez odpowiedzi: kto i według jakich kryteriów miałby decydować, co rzeczywiście leży w „interesie rzeki”, gdy ten interes koliduje z bezpieczeństwem ludzi, zaopatrzeniem w wodę czy rozwojem miasta?

Jedno wydaje się dziś pewne – dalsza bezczynność nie jest rozwiązaniem. Warszawa i cała środkowa Wisła potrzebują długofalowego programu gospodarowania wodą, opartego na wiedzy, a nie na chwilowych modach czy politycznych emocjach. Będzie to zadanie na wiele lat, wymagające ogromnych nakładów finansowych, odwagi politycznej i konsekwencji kolejnych ekip rządzących oraz samorządowych. Ale od czegoś trzeba wreszcie zacząć.

Potrzebujemy zespołu najwybitniejszych hydrologów, inżynierów, geologów, urbanistów i przyrodników, którzy wspólnie przygotują kompleksowy program dla Wisły. Program oparty zarówno na współczesnej wiedzy, jak i doświadczeniach poprzednich pokoleń – od XIX-wiecznych regulacji, przez projekty II Rzeczypospolitej, aż po powojenne opracowania warszawskiego węzła wodnego. Dopiero wtedy będzie można odpowiedzialnie odpowiedzieć na pytanie, gdzie należy przywracać naturalne procesy, gdzie odbudowywać retencję, a gdzie potrzebna jest nowoczesna infrastruktura hydrotechniczna.

Najgorsze, co możemy dziś zrobić, to nadal udawać, że problem sam się rozwiąże biadoląc, że planeta płonie. Wisła potrzebuje ludzi, którzy będą mieli odwagę wyjść poza ideologiczne okopy i przekuć wiedzę oraz wieloletnie doświadczenia w realny program działania. Tymczasem w imię ochrony przyrody coraz częściej rezygnujemy z działań, które w dłuższej perspektywie mogłyby służyć również samej przyrodzie. Zachwycamy się dziką Wisłą, chronimy każdy fragment roślinności i każde siedlisko, a jednocześnie brakuje odwagi, by stworzyć spójny system gospodarowania wodą. Jeśli nie nauczymy się zatrzymywać wody i rozsądnie nią zarządzać, to wraz z pogłębiającą się suszą ucierpią nie tylko ludzie, ale również ekosystemy, które dziś chcemy chronić.

Aleksandra Sheybal

Agencja Interaktywna dogo.pl