W wielu warszawskich dzielnicach mieszkańcy coraz częściej popierają rozszerzanie Strefy Płatnego Parkowania. Argument jest prosty i zrozumiały: „będzie mniej samochodów z zewnątrz, łatwiej zaparkujemy pod domem”. W realiach zatłoczonego miasta brzmi to rozsądnie. Problem w tym, że ta zgoda opiera się na krótkoterminowym myśleniu i pomija mechanizmy, które uruchamia sama strefa.
Iluzja bezpieczeństwa abonamentu
Dziś mieszkańcy godzą się na SPP, bo abonament jest tani. Opłata roczna w żaden sposób nie odzwierciedla realnej wartości miejsca parkingowego w przestrzeni publicznej, szczególnie w centralnych dzielnicach. To właśnie ten niski koszt sprawia, że strefa jest akceptowalna społecznie.
Ale ten stan nie jest dany raz na zawsze.
W momencie, gdy strefa już powstanie, zniknie największa bariera polityczna: sprzeciw mieszkańców. A wtedy zaczyna się drugi etap, o którym dziś mówi się znacznie ciszej. W debatach aktywistycznych coraz częściej pojawia się argument, że: abonamenty mieszkańców są „zbyt niskie”, parkowanie w przestrzeni publicznej jest „dotowane”, mieszkańcy powinni „ponosić realny koszt zajmowania ulicy”.
To nie są marginalne opinie. To dominujący nurt myślenia w środowiskach postulujących dalsze ograniczanie ruchu samochodowego. W wielu miastach Europy dokładnie ten sam schemat już zadziałał: najpierw strefa, potem „korekta cen”, na końcu radykalny wzrost opłat.
Jeden ruch, jedna uchwała
Gdy strefa już działa, podniesienie abonamentu to formalność: nie trzeba konsultacji o zasadność strefy – ona już jest, nie trzeba debatować o parkowaniu – zostało „uregulowane”, wystarczy jedna decyzja rady miasta.
I w tym momencie mieszkańcy, którzy poparli SPP w nadziei na łatwiejsze parkowanie, zostają postawieni pod ścianą. Albo płacą wielokrotnie więcej za to samo miejsce pod domem, albo tracą możliwość parkowania w swojej okolicy. To właśnie ten moment, w którym okazuje się, że zgoda na strefę była zgodą na przyszłe podwyżki, nawet jeśli dziś nikt ich jeszcze nie ogłasza. Najpierw argument porządkowy, potem ideologiczny
Schemat jest powtarzalny: „SPP poprawi rotację i porządek”. „Skoro strefa działa, trzeba ją zoptymalizować”. „Optymalizacja oznacza podniesienie opłat”. „Parkowanie to nie prawo, tylko przywilej”. Na końcu tej drogi nie ma ani wygodnego parkowania, ani taniego abonamentu. Jest coraz droższy dostęp do własnej ulicy.
Kto zapłaci najwięcej? Najbardziej ucierpią nie ci, którzy parkowali okazjonalnie, ale: mieszkańcy bez alternatywy transportowej, osoby starsze, rodziny, które nie mogą sobie pozwolić na zmianę samochodu czy miejsca zamieszkania. Dla nich podwyżka abonamentu nie będzie „narzędziem polityki miejskiej”, tylko realnym obciążeniem finansowym.
Strefa to nie koniec dyskusji – to jej początek
Poparcie dla SPP często wynika z przekonania, że „na tym się skończy”. Tymczasem strefa jest dopiero punktem wyjścia, a nie metą. Gdy już powstanie, staje się idealnym narzędziem do dalszego zaostrzania polityki parkingowej – bez pytania mieszkańców o zdanie.
Dlatego pytanie nie brzmi dziś: „Czy chcesz strefy?” Prawdziwe pytanie brzmi: „Czy zgadzasz się na to, ile zapłacisz za parkowanie za kilka lat?”
Bo gdy strefa już będzie, odpowiedź na to pytanie może zostać udzielona bez Twojej zgody.
Stanisław Skibiński
