Siatki, sanki i chaos decyzyjny.

Podziel się tym wpisem

Zamiast poprawić bezpieczeństwo — postawiono siatki. Zamiast naprawić błąd — ogłoszono sukces. Spór o sanki na Ochocie nie dotyczy zimowej zabawy dzieci, lecz sposobu, w jaki warszawscy urzędnicy zarządzają przestrzenią publiczną: bez refleksji, bez dialogu i z pełnym przekonaniem o własnej nieomylności.

Zamieszanie wokół sanek na Ochocie obnażyło coś znacznie poważniejszego niż spór o zimową rekreację dzieci. Pokazało chaos decyzyjny, brak spójnej polityki wobec parków oraz całkowitą porażkę komunikacyjną dzielnicy. W publicznej dyskusji zaczęły się mieszać nazwy parków, decyzje urzędników i emocje mieszkańców — co samo w sobie najlepiej pokazuje skalę problemu.

Fakty są następujące: siatki i wygrodzenia, które wywołały protesty mieszkańców, zostały zamontowane w Parku Korotyńskiego. To tam ograniczono możliwość zjazdów na sankach w miejscach od lat wykorzystywanych przez dzieci. Park Szczęśliwicki nie został objęty identycznymi działaniami, jednak wcześniejsze decyzje dotyczące jego zagospodarowania — od infrastruktury po oświetlenie — również budzą sprzeciw i stanowią ważne tło dla obecnego konfliktu.

Dzielnica Ochota, reagując na medialne doniesienia, poinformowała o „dodatkowej kontroli bezpieczeństwa” w Parku Korotyńskiego. W jej wyniku uznano, że siatki zostały zamontowane prawidłowo, ponieważ zabezpieczają zjazd w kierunku ławek, latarni oraz nowo nasadzonych drzew.

I tu pojawia się zasadniczy problem: to nie sanki ani dzieci stworzyły zagrożenie. Zagrożenie powstało w momencie, gdy na „odwiecznej” górce saneczkowej postawiono elementy infrastruktury i dokonano nasadzeń, a następnie — zamiast wycofać się z błędnej decyzji — zaczęto grodzić teren.

Jak celnie zauważają mieszkańcy:

„Całe pokolenia dzieci jeździły tam bezpiecznie na sankach. Problem pojawił się dopiero wtedy, gdy ktoś postanowił posadzić drzewka pod górką.”

Dzielnica uspokaja, że poza wygrodzonymi fragmentami „jest jeszcze kilkadziesiąt miejsc”, gdzie dzieci mogą bezpiecznie korzystać z sanek. Tyle że istotą problemu nie jest liczba przypadkowych górek, lecz konkretne miejsce, które od lat pełniło funkcję naturalnej, bezpiecznej przestrzeni rekreacyjnej. To właśnie przestrzeń i swoboda sprawiały, że dzieci nie najeżdżały na siebie i że górka była bezpieczna. Siatki tę przestrzeń odebrały.

Mieszkańcy nie kryją frustracji:

„To nie jest wasz prywatny park.”

„Urząd jest od służenia mieszkańcom, a nie od realizowania własnych wizji wbrew rzeczywistości.”

Spór o Park Korotyńskiego wpisuje się w szerszy problem zarządzania warszawskimi parkami. Decyzje podejmowane zza biurka, bez zrozumienia lokalnych zwyczajów i funkcji przestrzeni, prowadzą do konfliktów i absurdów. Miasto najpierw ingeruje w naturalny sposób użytkowania terenu, a potem — zamiast przyznać się do błędu — reaguje siatkami, taśmami i komunikatami o „prawidłowym montażu”.

Cała sytuacja boleśnie kontrastuje z miejskimi kampaniami w rodzaju „rusz się w ferie” czy „dzieci nie powinny siedzieć przed ekranami”. Trudno bowiem zachęcać do aktywności fizycznej, jednocześnie ograniczając jedne z ostatnich naturalnych miejsc zimowej rekreacji.

Bezpieczeństwo w przestrzeni publicznej nie polega na grodzeniu wszystkiego, co wymyka się urzędniczym schematom. Polega na rozsądnym projektowaniu, uwzględniającym to, jak przestrzeń jest faktycznie używana. Jeżeli przez dziesięciolecia dane miejsce służyło dzieciom do jazdy na sankach, to odpowiedzią nie powinno być stawianie tam przeszkód i walka z zimą.

Problemem nie są sanki. Problemem jest oderwanie decydentów od realnego życia mieszkańców, brak refleksji i nieumiejętność przyznania się do błędu. A także przekonanie, że każdą wpadkę da się przykryć komunikatem o „prawidłowo zamontowanej siatce”.

Karol Gottlieb

Fot. R. Paszkowski
Agencja Interaktywna dogo.pl